Z MADRYTU: INTENSYWNOŚĆ I KOKE – PROBLEMY WYŻSZYCH SFER

cristiano-instagram-cwiakala-blog

Zidane’owi wyliczyli, że mówił o tym już pięciokrotnie. Tyle razy wskazywał najbardziej charakterystyczny powód obniżek formy Realu. Intensidad. Słowo, przy którym kibice Realu nabierają odruchu wymiotnego. Cecha, której wymagają absolutnie w każdym meczu – niezależnie, czy grają z Barceloną, z Legią czy z Eibar. Intensywność. Zdaniem Jorge Valdano najmodniejsze słowo w dzisiejszym futbolu, które niegdyś opisywano znacznie bardziej prozaicznie. Po prostu jako zaangażowanie. Po jednym z ostatnich derbów znalazło się ono w pięciu oddzielnych relacjach jednego dziennika. Intensidad, intensidad, intensidad. Wszędzie ta cholerna intensidad.

– Bo jak można powiedzieć, że mecz był słaby, skoro był „intensywny?” Moim zdaniem mecz jest dobry, kiedy większość piłkarzy gra albo na swoim poziomie, albo wręcz lepiej. Nie wmawiajmy jednak, że intensywność jest synonimem efektywności. To tak, jakbyśmy mówili, że jeden zegarek jest lepszy od drugiego, bo wskazówki działają szybciej – pisze Valdano w swojej nowej książce „El Juego Infinito”. Yannick Ferreira-Carrasco rzucił w tym tygodniu: „czy znacie drużynę, która gra z większą intensywnością od Atletico?”. I doczekał się odpowiedzi. – Oczywiście. Mistrza Europy, czyli Real Madryt – odparł Juanma Rodriguez, dziennikarz „Marki”.

Pod taką tezą nie podpisaliby się chyba nawet jednak sami kibice „Królewskich”. Oni to usprawiedliwienie słyszeli już po Villarrealu, Eibar, Wolfsburgu, Atletico i ostatnio Legii. W Polsce kibice się burzyli, gdy mówiono, że Real grał na pół gwizdka, ale często takie były fakty. Bo odpuszczali. Bo nie wracali do krycia (Kovacić, James, rzadziej Kroos). Bo zaniedbywali obronę (Ronaldo). Bo nie grali z pełnym zaangażowaniem. Bo można się przerzucać, czy to było 30 procent, czy 70, ale jednak ewidentnie nie 100.

Jacek Magiera miał jednak rację, że to nie problem legionistów. To problem Realu – nie dlatego, że zlekceważyli Legię przy Łazienkowskiej. Wręcz przeciwnie – akurat Polakom wyjątkowo rzucili się do gardeł. Oni po prostu regularnie mają w zwyczaju grę na pół gwizdka. Nie w całych meczach, ale przy dłuższych fragmentach. Zwykle prowadzi to do zwycięstw (Alaves, Leganes), czasem do utraty dwóch goli z outsiderem (Osasuna), ale nieraz też do bolesnych wpadek (Villarreal, Las Palmas, Eibar). Real grający taką maestrię jak z Betisem (6:1) to po prostu rzadkość. Już nawet Lucas Vazquez, największy poczciwina w drużynie, który nigdy nikomu nie podpadł, odpalił w tym tygodniu małą bombkę: „BBC i środek pola muszą pomagać w obronie, byśmy nie tracili tylu goli. Obojętnie, czy nam się podoba, czy nie, że BBC jest nietykalne”. W hiszpańskich realiach taka wypowiedź – uwierzcie – przekracza granice tradycyjnej dyplomacji.

Przy tym jednak Zidane stworzył walec. Albo inaczej – wsiadł do tego walca i ustawił autopilot, bo nie kombinował wyjątkowo z taktyką. Nie starał się na siłę być kolejnym Steve’m Jobsem futbolu. Nie zabiegał, by zostać „Guardiolą Realu”, jakiego wymarzył sobie Florentino Perez. Nie stosował nie wiadomo jak wymyślnych schematów. Ale dopiął swego. Najpierw wygrzebał drużynę z kryzysu po Benitezie i w osiem kolejek odzyskał 11 punktów do Barcelony. Potem chapnął Ligę Mistrzów. Na koniec wyrównał rekord Pepa (16 kolejnych zwycięstw), a teraz prze po klubowy rekord meczów bez porażki ustanowiony przez Beenhakkera (34). Na razie stoi na 28. Teraz jednak zmierzy się z drużyną, którą co prawda odprawił w finale Ligi Mistrzów, ale która nie przegrała w derbach od sezonu 2012/13. Tak, tak, Real ostatni raz pokonał Atletico w lidze za czasów Mourinho.

***

Wszystko zmieniło przyjście Simeone. On ten klub odbudował. Poprawka – on go zbudował wokół własnej osoby. On pozbawił go kompleksów. On sprawił, że Atletico – jak ujął to Gabi – nauczyło się grać z Realem. On przerobił ten zespół na system bazujący na totalnej efektywności. Wynik ponad wszystko. Na pytanie, jak najbardziej lubi wygrywać, odpowiada: – Jedną bramką więcej od przeciwnika. Od siebie wymaga maksimum – gdy ostatni mecz z Rostowem nie układał się po jego myśli, stwierdził na konferencji: „Dziś to trener podjął błędne decyzje i szczerze jestem wk…, ale piłkarze przesądzili o wygranej. ”. Los Colchoneros wygrali 2:1, ale ta wypowiedź została rozebrana na czynniki pierwsze w każdym dzienniku. Prawdopodobnie chodziło o pozycję Koke, która ostatnio wywołała małe zamieszanie w ich obozie. Gabi stwierdził bowiem, że jego kolega co prawda dobrze sobie radzi w środku, ale drużyna jest wtedy „delikatniejsza w obronie”.

I ruszyła lawina. Jeden z ostatnich treningów Atletico. Kończą się zajęcia, po czym Simeone woła Gabiego. Rozmowa trwa jakieś 20 minut. Na cztery dni przed derbami zostali sami na boisku. Cholo mocno gestykuluje. Z takiej odległości nic co prawda nie słychać, ale dziennikarze są pewni. Poszło o tę jedną, delikatną – nomen omen – wypowiedź. Bo Simeone nienawidzi odstępstw od normy. Nie znosi napastników odpuszczających obowiązki defensywne (Kiko: – Ronaldo byłoby trudno o pierwszy skład u Simeone), ale też nienawidzi wypowiedzi choćby minimalnie podważających jego dzieło. Na początku sezonu kajał się nawet pupil Argentyńczyka. Griezmann po wpadkach z Alaves i Leganes stwierdził, że „grając w ten sposób czeka nas walka o utrzymanie”, po czym musiał przeprosić kolegów. Teraz padło na weterana i żywą wręcz legendę, czyli Gabiego. Dzisiejsza odpowiedź Koke? – Od kiedy przeniosłem się do środka, jesteśmy bardziej widowiskowi.

Sam Gabi nie musi być jednak bez racji. Atletico zalicza właśnie najgorszy ligowy początek w erze Simeone. Tak jak w Lidze Mistrzów leją wszystkich bez zahamowań i są jedyni z kompletem punktów, tak w Primera División wyrżnęli się już na dwóch beniaminkach, Sevilli i Realu Sociedad. Dali też wbić dwa gole Maladze. Oblak po raz pierwszy w erze Simeone sięgał przy tym do siatki w czterech kolejnych meczach ligowych. Najlepsza kadra Atletico w historii – przynajmniej zdaniem prezydenta klubu – ma już dziewięć punktów mniej niż w sezonie mistrzowskim na tym etapie rozgrywek. I to wszystko po zatrzymaniu Griezmanna, co odebrano jako „najlepszy transfer”. Po ściągnięciu Gaitana, Vrsaljko i Gameiro. Po wydaniu 81 milionów euro na nowe nazwiska. Po zbudowaniu najatrakcyjniej grającego Atleti na przestrzeni ostatnich lat. Co na to Simeone? – Śmieję się, gdy słyszę, że obecnie oglądamy najbardziej ofensywne Atletico. Śmieję się i przypominam sobie finał Ligi Europy, gdy graliśmy Adrianem, Gabim, Ardą, Falcao, Mario Suarezem…

Tak wygląda krajobraz przed dzisiejszymi derbami. Tak wyglądają – nawiązując do starej rubryki „Faktu” – problemy wyższych sfer. Z jednej strony intensywność, z drugiej pozycja Koke, która stanowi punkt wyjścia do niekończących się dywagacji na temat taktyki. Zidane zmaga się jednak ze znacznie większym kłopotem niż ta mityczna intensywność. Ma w zasadzie trzy potężne kłopoty, a może nawet cztery. Pierwszy nazywa się Morata i strzela najwięcej goli w Realu. Drugi nazywa się Kroos i jest tak fundamentalny, że nie odpoczywa nawet z Cultural Leonesa. Trzeci ma na imię Casemiro, pełni rolę takiego ochroniarza obrońców jak niegdyś Krychowiak w Sevilli i daje równowagę, bez której wszystko się sypie. Żaden z nich na pewno jutro nie zagra (prawdopodobny środek Modrić – Kovacić), a i nie wiadomo na sto procent, czy Zidane od początku zaryzykuje zdrowiem kontuzjowanego ostatnio Benzemy. Alternatywa w ataku to rzecz jasna Cristiano, który zmierzy się ze swoim koszmarem. Oblak zatrzymał go w sześciu starciach na siedem, a takie statystyki akurat w przypadku Portugalczyka stanowią jakąś kompletną aberrację.

Dzisiaj Cristiano dostanie ostatnią szansę, by przerwać swoją passę 349 minut bez gola na Calderón. Ostatnią, bo to pożegnalne derby na jednym z najgłośniejszych stadionów w Hiszpanii. Kolejne odbędą się na La Peinecie. 68-tysięcznym obiekcie, który doskonale widać jadąc do centrum z lotniska Barajas. – Jeśli teraz są tu takie korki, to strach pomyśleć, co się będzie działo za rok – kręci głową starszy taksówkarz, gdy mijamy ten powstający obiekt. Najpierw jednak trzeba godnie pożegnać Estadio Vicente Calderón. Najlepiej hucznie. Najlepiej efektownie, skoro to najlepsza kadra w historii. Najlepiej w stylu Simeone. Czyli po prostu jednym golem więcej od przeciwnika.

Transmisja w Eleven Sports od 20:00. Zapraszamy w następującym gronie:

cwiakala-eleven-madryt

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała