WIELKIE DRUŻYNY ŻYJĄ CYKLAMI. WISŁA TEŻ WRÓCI DO GÓRY

IMG_0890

Dlaczego Wisła Kraków ściąga tak wielu Hiszpanów? Kto miał trafić na Reymonta przed Kiko Ramirezem? Dlaczego postawiono na trenera z niższych lig hiszpańskich? Co najbardziej denerwuje u polskich agentów? Jaki jest największy problem dotyczący transferów w Ekstraklasie? Co dalej z Mączyńskim, Brlekiem i dlaczego podziękowano Urydze? Z jakiego powodu Amerykanie nie trafiają do Ekstraklasy i… ile razy dziennie trzeba ładować telefon? O tym wszystkim opowiada dyrektor sportowy Wisły Kraków i główny architekt jej polityki transferowej, Manuel Junco.

Z tygodnia na tydzień Wisła pod pana rządami staje się coraz bardziej hiszpańska. Z jednej strony to zrozumiałe, bo można tam znaleźć lepszych i tańszych piłkarzy, z drugiej – nie obawia się pan, że jesteście bliscy zachwiania pewnej równowagi?

Po pierwsze – nie zgodzę się z tym, że piłkarze w niższych ligach hiszpańskich są lepsi. W Polsce też znalazłbym takich, którzy pasowaliby do Wisły, niekoniecznie z wielkich klubów. Problem jest inny. To rynek wyznacza, jak możesz działać. Skoro nie jestem w stanie kontraktować Polaków, muszę szukać alternatyw. Jedne pojawiają się w Hiszpanii, inne w Chorwacji, ale nie patrzę na paszport. Kolejna ważna sprawa – mamy hiszpańskiego trenera, który zna poszczególnych zawodników osobiście i o nich konkretnie prosi. Guardiola idzie do City, zastaje na miejscu znakomitego bramkarza, a ściąga Claudio Bravo. To normalne, że trener sprowadza zawodników, w których wierzy. Nie ma w tym nic zdrożnego. Tak się dzieje na całym świecie, nie tylko u Kiko.

Wszystko rozumiem, ale nie ma ryzyka, że przesadzicie z liczbą Hiszpanów?

Ryzyko bardziej wiąże się z adaptacją w obcym miejscu niż z równowagą, o której pan mówi. Rozumiem problem związany z obcokrajowcami. W momencie, w którym rozmawiamy, ściągnęliśmy dwóch Chorwatów i dwóch Hiszpanów (dwa dni później został zakontraktowany kolejny – TĆ). Proszę uwierzyć, że chciałbym sprowadzić czterech Polaków. Rynek nie dał mi jednak takiej możliwości. Chciałbym, byśmy oceniali piłkarza przez pryzmat jakości, a nie paszportu. Futbol staje się coraz bardziej międzynarodowy. Weźmy którykolwiek klub Premier League i sprawdźmy liczbę obcokrajowców. Albo – żeby nie wybiegać – nawet Jagiellonię. Zdarzało się, że grali dziewięcioma zagranicznymi.

Usłyszałem od jednego z dyrektorów sportowych Ekstraklasy, żę koszt ściągnięcia niezłego piłkarza z pierwszej ligi – nie jakiejś gwiazdy – wynosi ok. miliona złotych za pensję, transfer i prowizję dla agenta. „Skoro chcą tyle, to wolę wziąć Słowaka lub Hiszpana, który da tyle samo, a jest znacznie tańszy”.

Nie można uogólniać. Znalazłbym piłkarzy w Primera División, którzy nie graliby w Ekstraklasie. Po prostu by sobie nie poradzili.

Nazwiska?

Nie chcę nikogo krytykować, ale nie daliby rady w Polsce albo ze względu na styl gry, albo podejście do pracy.

Pewnie chodzi panu głównie o środkowych obrońców.

Nie tylko. Wskazałbym też ofensywnych, technicznych, którzy nie poradziliby sobie w bardziej fizycznym futbolu. Dlatego mówię, że nie można generalizować. Nie możesz powiedzieć: „wszyscy zawodnicy z Primera División byliby gwiazdami w Ekstraklasie”. To kłamstwo. Ale tak samo nie wszyscy z Segunda lub Segunda B mogliby tu grać. Każdego należy analizować indywidualnie. Zastanowić się, czy jego profil pasuje po pierwsze do drużyny, po drugie – do ligi, po trzecie – w danym momencie, po czwarte – z konkretnym trenerem. Piłkarz może nie wypalić u jednego szkoleniowca, ale u drugiego będzie błyszczał.

Mam jednak wrażenie, że paradoksalnie piłkarzom z Segunda czy Segunda B mogłoby być tutaj łatwiej i Ekstraklasa to dla wielu z nich świetna liga. W Segunda nikt nie schodzi poniżej pewnego poziomu technicznego, a liga to krew, pot, łzy i totalna walka.

Fakt, że Segunda to bardzo trudne rozgrywki. Ale tak samo jest z trenerami – w Primera czasem pracują tacy, o których wiesz, że są słabi, ale mają prestiż, nazwisko i na tym jadą. Rozumiem pana punkt widzenia i wiem, że naturalną koleją rzeczy byłoby ściąganie piłkarzy z polskiej pierwszej ligi. Tylko to nie jest takie proste. Panuje tu straszna dysproporcja pomiędzy tym, ile kosztuje polski pierwszoligowiec, a zawodnik z zagranicy. Nie mogę tego zrozumieć. Nie rozumiem też, dlaczego prowizje są aż tak wysokie.

Dla agentów?

Tak. To niepojęte. Zwykle płaci się pięć procent od kwoty netto, a tutaj wielu oczekuje zdecydowanie więcej. Nie rozumiem, dlaczego transfer z pierwszej ligi do Ekstraklasy musi być tak kosztowny.

Przepływ powinien być bardziej naturalny?

Oczywiście. Nie mówię tylko o Wiśle. Te dysproporcje to duży problem polskiej piłki. Powinno być zdecydowanie więcej przepływu między klasami rozgrywkowymi, ale też między klubami w samej Ekstraklasie.

Nie zmieni pan mentalności ani klubów, ani agentów. Każdy chce zarobić.

Rozumiem, ale wolałbym, by większość patrzyła długofalowo. Problem nazywa się: „tu i teraz”. Chcemy koniecznie zarobić od razu. Już, dziś, w tym momencie. Bo potem nie wiadomo, co się stanie. Nie liczy się perspektywa. Rzadko się zdarza, by ta bariera została przełamana, kluby się dogadały i na koniec wszyscy mogli zarobić. Często to niemożliwe. Liczy się tu i teraz.

Piłkarz z Segunda B chce dziś zarabiać mniej niż pierwszoligowiec z Polski?

Jedni więcej, inni mniej. Trzeba przeliczyć value for the money. Wartość piłkarza w stosunku do tego, ile może zaoferować. Rozmawialiśmy z wieloma zawodnikami z Polski. Bardzo wieloma. W większości przypadków nie udało się dogadać albo z klubem, albo z nimi. Klub boi się oddać młodego, bo jeśli wypali gdzie indziej, to zrzucą na ciebie winę, że go przeoczyłeś. Zawsze pojawia się ta obawa. Każdy też woli oddać zawodnika za granicę. Tak jest „czyściej”. Dlaczego? Nikt cię nie skrytykuje, jeśli piłkarz sprawdzi się w innej lidze, a po drugie – zarobisz więcej. Ale więcej teraz, niekoniecznie w dalszej perspektywie. Druga sprawa – te prowizje dla agentów. One po prostu są zbyt wysokie, byśmy mogli sprowadzić kilku Polaków, których braliśmy pod uwagę. Jasne, że jest ryzyko związane z aklimatyzacją obcokrajowców, ale co mam zrobić? Musimy się dostosować do realiów i szukać alternatyw.

Koniec końców marka „Wisła” może bardziej działać na obcokrajowców niż na Polaków.

Marka „Wisła” działa wszędzie. Nikt nie pyta co to za klub. Chorwaci, Słowacy, Czesi, Hiszpanie, Portugalczycy… Wszyscy wiedzą, czym jest Wisła. Wielu jest gotowych przyjść i zarabiać mniej niż u siebie lub nawet zerwać kontrakt z pracodawcą, by tu grać. Ze względu właśnie na markę, kibiców, dobrą ligę, piękne miasto i idealne miejsce, by się wypromować.

Tak samo podchodził Kiko Ramirez, którego przyjście zostało negatywnie przyjęte przez środowisko. Główny zarzut – dlaczego stawia pan na trenera z niższych lig hiszpańskich, odbierając prestiż polskim szkoleniowcom.

W trzech ligach hiszpańskich jest 122 trenerów, ale bardzo niewielu poradziłoby sobie w Ekstraklasie. Zabrakłoby albo zdolności adaptacji do tutejszych warunków, albo zrozumienia tej ligi. Albo graliby „po hiszpańsku”, co mogłoby tu nie dać pozytywnego efektu. Dla wielu Wisła mogłaby być klubem numer 53 w karierze i byłoby im wszystko jedno. Tak samo znam polskich trenerów, z którymi miałem do czynienia w Wiśle, którzy spokojnie poradziliby sobie na najwyższym poziomie w Hiszpanii. Sto procent.

To dlaczego Ramirez nie zaliczył tego skoku?

Przecież w Polsce jest tak samo. W pierwszej lidze znajdziesz trenerów, którzy odnieśliby sukces w Ekstraklasie, ale karuzela jest zamknięta. Szkoleniowcy przeskakują z jednego klubu do drugiego i nie zostawiają miejsca dla wyróżniających się z niższych lig. Tak to też działa w Hiszpanii. Liczy się wizerunek, prestiż i opinia kibiców. Często trener musi wyjechać za granicę, by został doceniony. Ciężko rozbić tę karuzelę. Przypną ci etykietkę, której potem nie zdejmiesz. Powiem to jednak po raz pierwszy – zanim trafił tu Kiko Ramirez, rozmawiałem z polskim trenerem z pierwszej ligi. To był mój pierwszy wybór. Wdowczyka miał zastąpić Polak, a nie Hiszpan.

Faktycznie nie znał pan Kiko?

Osobiście nie, ale znałem jego pracę. Rozmawiałem z wieloma zawodnikami, którzy u niego grali. Opinia zawsze była taka sama. Niedoceniany i zdolny do pracy na najwyższym poziomie. Każdy mówił: „gdybym miał teraz okazję pracować z Kiko, to zmieniłbym klub”. Żeby znaleźć trenera, musisz przeanalizować drużynę. Ja przeanalizowałem pierwszą ligę i Ekstraklasę w Polsce, a w Hiszpanii od poziomu Primera do Tercera. Część zespołów przykuło moją uwagę ze względu na organizację gry. Wybrałem grupę kilku szkoleniowców, a potem zająłem się dalszym researchem, telefonami i tak dalej. Na koniec liczy się motywacja – musisz wiedzieć, że taki człowiek zaangażuje się na sto procent i będzie zmotywowany. Mógłbym szukać dużych nazwisk, ale jeśli Wisła nie będzie dla nich nic znaczyła, nie miałoby to sensu. Dla Kiko znaczy wiele.

„Przegląd Sportowy podał”, że obniżyliście budżet płacowy przed kolejnym sezonem. W jakich teraz warunkach działacie?

Musimy starać się być lepsi przy podobnych albo mniejszych pieniądzach niż wcześniej. Idziemy krok po kroku. Najpierw chcemy zbudować stabilizację ekonomiczną, a potem budować klub na tym fundamencie. Wyzwaniem jest poprawienie wyniku z poprzedniego sezonu. Jeśli będzie możliwość, by podnieść budżet płacowy w kolejnym sezonie, to oczywiście to zrobimy.

Jednym słowem – apeluje pan o cierpliwość.

Cierpliwość to jedno, ale mam świadomość, że musimy być ambitni. To wielki klub, który jest zobligowany do gry o porządne wyniki. Przy tym trzeba jednak działać inteligentnie, by znaleźć tę stabilizację.

Dajecie sobie jakiś termin?

Oby jak najszybciej. Wierzę, że przyjdzie moment, kiedy będziemy mogli poważniej inwestować w piłkarzy.

Można od was oczekiwać pucharów czy to byłaby przesada?

Zawsze podobała mi się idea Simeone. Mimo że Atletico awansowało do dwóch finałów Ligi Mistrzów i walczy o najwyższe cele, zawsze kolejny sezon to partido a partido. Mecz po meczu. Każde spotkanie jest fundamentalne.

Był taki moment, kiedy wydawało się, że wychodzicie na prostą. Potem wypływa wywiad z Krzysztofem Mączyńskim w „GW”, w którym ten narzeka, że nie dostaje pieniędzy na czas…

Nie chcę rozmawiać o wewnętrznych sprawach klubu. Takie rozmowy powinny odbywać się w klubie, a nie w mediach. Nie będę tego komentował.

A co z samym Mączyńskim? Może odejść?

Wszystko w życiu jest możliwe. Złożyliśmy mu ofertę przedłużenia. On musi dać odpowiedź.

Ale byłby pan gotów zaakceptować propozycję Legii czy – ze względu na presję kibiców – wolałby pan tego za wszelką cenę uniknąć, bo zrobiłaby się afera?

Mączyński to dla nas bardzo ważny piłkarz i chciałbym, aby został tu na wiele lat. Tyle mogę powiedzieć.

Nie obawia się pan jednak tej dysproporcji między budżetami? Że czołowi piłkarze Wisły będą chcieli odchodzić do bogatszych polskich klubów?

Ale to nie jest problem tylko Wisły. Z tego, co czytam, Odjidja chce odejść z Legii. Tylko trzy, cztery, może pięć drużyn na świecie może sobie pozwolić na to, by nikogo nie sprzedawać. My musimy to robić. Musimy pozwalać zawodnikom na odejście. Wszystkie polskie kluby muszą być gotowe, że stracą swoich najlepszych graczy.

To przy okazji – jak wygląda sytuacja z Brlekiem?

Pojawiło się duże zainteresowanie ze strony europejskich klubów. Jeśli przyjdzie oferta, która nas usatysfakcjonuje i odzwierciedli jego wartość, to jesteśmy gotowi na rozmowy.

Kilka miesięcy temu powiedział pan w gazetce klubowej, że nie chce, by Wisła stała się sklepem, tylko bardziej fabryką. A nie byłoby właśnie lepiej, gdybyście stali się punktem przerzutowym między właśnie Hiszpanią czy Chorwacją, a silniejszymi ligami, by wreszcie odbić się finansowo?

Chodziło mi o to, że wolałbym produkować piłkarzy niż kupować. Problem w tym, że nie możemy znaleźć w klubie zawodników z roczników 95, 96, 97 czy nawet 98, którzy mogliby grać w wyjściowej jedenastce. Żeby tacy się pojawili, trzeba było wykonać odpowiednią pracę w pięciu poprzednich latach.

Jest aż tak źle?

Nie chcę krytykować. Mówię, jaka jest rzeczywistość. Nie mamy w naszej canterze piłkarzy, z których moglibyśmy teraz korzystać.

To ilu w ogóle tam macie sensownych juniorów?

Ciężko pracujemy nad przygotowaniem zawodników z roczników 2000, 2001 i 2002, byśmy mogli z nich skorzystać w pierwszej drużynie w perspektywie dwóch-trzech lat. Szkolenie w Wiśle wygląda dziś dużo lepiej, ale na efekty trzeba poczekać. Nasz trener, Mariusz Jop, znakomicie pracuje z młodymi.

Ciągle mówi pan o dalszej perspektywie – faktycznie wyznaczyliście taki długofalowy plan na, powiedzmy, pół dekady?

Główny cel to czterech wychowanków w pierwszej jedenastce. Najpierw 10:1, potem 9:2, 8:3 i na koniec dojdziemy do upragnionego 7:4. To jednak wymaga czasu. Niektóre polskie kluby pracują nad tym od dziesięciu lat i dziś mają efekty. My dopiero zaczynamy pracować nad wspomnianymi rocznikami. W międzyczasie musimy jednak walczyć w lidze i skoro nie mamy takich zawodników u siebie, to musimy ich szukać na zewnątrz.

Słyszałem, że ostro walczył pan o Macieja Śliwę z Juventy Starachowice. To faktycznie taka perełka?

Bardzo mocno o niego walczyliśmy. Bardziej niż o niektórych seniorów. Sam jeździłem do niego do domu. Byłem chyba jedynym dyrektorem sportowym z Ekstraklasy, który był w kontakcie z jego rodzicami, choć zainteresowanie było ogromne. Z Legii i wielu innych drużyn.

To chłopak do gry na już?

Nie chcemy narzucać presji. Najpierw zacznie w CLJ. Stamtąd ma otwarte drzwi do pierwszej drużyny, z którą zresztą będzie trenował. Najlepsi juniorzy dostaną taką szansę.

Gdyby Wisła hipotetycznie zarobiła ponad pięć milionów euro jak Lech na Bednarku, to jak wiele zmieniłoby to w sytuacji klubu?

Kiedy tutaj przyszedłem, nie mieliśmy chyba żadnego zawodnika w reprezentacjach U-17 – U-19. Musimy to zmienić, by móc potem sprzedawać zawodników. Zagraniczne kluby kupują potencjał, a nie gotowego piłkarza. Te pięć milionów zmieniłoby wiele, ale… gdzie by nie zmieniło?

Podejrzewam, że w waszej sytuacji to byłby wręcz wstrząs.

Zapewniam, że w każdym klubie, i to nie tylko w Polsce.

Do pewnego momentu wydawało się, że jeśli na jakimś wychowanku możecie cokolwiek zarobić, to od biedy na Alanie Urydze. Co tam się właściwie stało przy jego pożegnaniu?

Powiem po raz kolejny – z zawodników, z którymi nie przedłużyliśmy kontraktów, najtrudniejsza decyzja dotyczyła właśnie Urygi. Zastanawialiśmy się do ostatniej chwili. Było trudno – po pierwsze względu na poziom piłkarza, po drugie – faktu, że wychował się w Krakowie. Potem gdy zawodnicy wyjechali na wakacje, zadzwoniłem do jego agenta i powiedziałem, że nie zaoferujemy nowego kontraktu. Alan grał do ostatniego meczu, więc siłą rzeczy podjęliśmy ryzyko, że stracimy go za darmo. W każdej chwili mógł podpisać umowę z nowym pracodawcą. Doszliśmy jednak do wniosku, że się spotkamy, podziękujemy za współpracę i zakomunikujemy to światu. Doszło jednak do nieporozumienia. Komunikat, który był gotowy od paru dni, został opublikowany wcześniej niż powinien. Wiem, że to problem. Spotkałem się osobiście z Urygą i go za to przeprosiłem. Przeprosiłem też całą drużynę. Przepraszam też teraz, przy okazji wywiadu i zapewniam, że taka sytuacja więcej się nie zdarzy.

Uryga nie jest najlepszym piłkarzem na świecie – to oczywiste – ale nie można było podpisać z nim nowego kontraktu i opchnąć go do jakiejś drugiej ligi tureckiej czy Azerbejdżanu, by w ogóle COŚ zarobić? 100 meczów w Ekstraklasie, stosunkowo młody wiek, doświadczenie w kadrze U-21… Zarabiano na gorszych zawodnikach.

(dłuższa przerwa) Darzę Alana dużym szacunkiem, to dobry piłkarz, ale taki jest futbol. Czasem trafisz z decyzją, czasem się pomylisz. To nie matematyka. Dwa plus dwa nie równa się tu cztery. Podejmujesz decyzję na podstawie analiz, ale zawsze ryzykujesz. Tak było z Alanem – uznaliśmy, że nie zaoferujemy mu nowego kontraktu. Życzę mu jednak jak najlepiej.

Raczej prędzej niż później trzeba będzie się też pożegnać z pokoleniem Boguskiego, Brożka i Głowackiego. Da się ich w ogóle zastąpić?

W każdym klubie są takie wyjątkowe generacje. W Barcelonie mieliśmy pokolenie Xaviego i Iniesty. Kto ich zastąpi? Nie da się tego zrobić. Będę najszczęśliwszy, jeśli za rok przedłużymy kontrakty z całą trójką.

A z którego z dotychczasowych transferów jest pan najbardziej dumny?

Transfer Arsenicia był bardzo trudny. Chcieliśmy go ściągnąć pół roku wcześniej, ale Osijek wystawił Arsenicia jako przykład, że nie można opuścić klubu na sześć miesięcy przed zakończeniem kontraktu. Negocjacje były w zasadzie niemożliwe.

A Hiszpanie?

Z nimi było łatwiej. Na dłuższą metę przejście do Wisły może kompletnie zmienić im życie. Tu nie było tak ciężko jak z Arseniciem.

Co stało się z Kolumbijczykami – Everem Valencią i Cristianem Echavarrią?

Okazało się, że potrzebowali więcej czasu, by zaadaptować się do piłki europejskiej. Nie było sensu trzymać ich na siłę do końca sezonu. Przepraszam, sprawdzę, kto pisze… (Junco sięga po telefon).

Ile razy dziennie go pan ładuje?

Noszę ze sobą dwa powerbanki. Rozmawiamy już godzinę i przyszło… (Junco przewija ekran iPhone’a). 20-30 wiadomości? Potem wszystkim odpiszę.

Wróćmy do wywiadu – przed powrotem do Wisły pracował pan w Columbus Crew. Jak wiele miał pan do stracenia przeprowadzając się znów do Krakowa?

Miałem bezterminowy kontrakt z Columbus i nie szukałem innych opcji. Pracowało nas tam trzech w dziale sportowym – trener Gregg Berhalter, dyrektor od operacji sportowych, Asher Mendelhson i ja. Pracowałem tak jak tutaj – oglądałem mecze, rozmawiałem z zawodnikami, a potem wspólnie decydowaliśmy o transferach. Ile miałem do stracenia? W MLS jest zdecydowanie mniej presji. Drużyny nie spadają ani nie awansują, więc wszyscy są cierpliwsi, jeśli chodzi o wyniki. W Europie – nie tylko w Wiśle – wymagania są zdecydowanie wyższe, a projekty bardziej na krótką metę. Ale MLS to znakomicie zorganizowana liga.

Jaki to w ogóle poziom sportowy, bo nie mamy zbyt wielu możliwości porównania?

Piłkarsko chcą iść w kierunku Bundesligi. Wiele meczów odbywa się na zasadzie – od jednej do drugiej bramki. Pamiętam spotkanie, w którym w czterech ostatnich minutach było aż osiem okazji bramkowych. Raz w jedną, raz w drugą stronę. Bardzo dynamiczna liga, o poziomie porównywalnym do Ekstraklasy.

Dlaczego praktycznie nie da się ściągnąć piłkarza z MLS?

To wielki kraj, ale problem futbolu polega na tym, że natural born athletes wybierają inne sporty. Wolą koszykówkę, baseball lub futbol amerykański. Druga sprawa – poziom piłki młodzieżowej, w college’ach jest bardzo niski. Ma się to zmienić, ale w piłkę grają przez trzy-cztery miesiące rocznie. Tracą z kolei osiem, przez co brakuje konkurencyjności. Dlaczego Amerykanie nie trafiają do Ekstraklasy? Bo najlepsi zostają wciągnięci przez MLS, nie mają po co wyjeżdżać i byliby za drodzy.

Do tego mamy limity dla obcokrajowców spoza Unii. Rozumie je pan?

Rozumiem, że federacja chce chronić Polaków. Wydaje mi się jednak, że ciężko to osiągnąć ograniczając piłkarzy spoza Unii. Jeśli ktoś będzie chciał wystawić obcokrajowców, to i tak to zrobi decydując się na piłkarzy z UE. Czym się to różni? Najlepszy sposób na chronienie Polaków to nie stosowanie limitów, ale odpowiednia praca ze szkoleniem. Produkowanie piłkarzy. Walka, by akademie były coraz lepsze i wypuszczanie coraz większej liczby trenerów.

Przypomina mi się rozmowa z Kibu Vicuną sprzed kilku lat: „Jeśli się nie mylę, macie 600-700 trenerów z UEFA Pro. Wiesz, ile w Hiszpanii? Siedem tysięcy… Dwunastolatków prowadzą trenerzy z UEFA Pro. Wykształceni, przygotowani. A tutaj nie wszyscy w ekstraklasie mają tę licencję”.

No właśnie. Dlaczego tworzyć problemy młodym, którzy chcą zostać trenerami? Trzeba się otwierać na ludzi garnących się do piłki. Otwierajmy to jak najszerzej. Niech młodzi mają możliwość się kształcić. Wiem, że PZPN nad tym pracuje, ale chciałbym, by te drzwi zostały jeszcze bardziej otwarte. Sama Ekstraklasa idzie w dobrym kierunku. Dla mnie to czołówka lig w tej części Europy.

Ma pan chyba lepsza opinię na jej temat niż Polacy.

Może dlatego, że wyjechałem i obserwowałem Ekstraklasę z perspektywy. Jeśli ktoś codziennie patrzy w lustro, to nie dostrzega zmian na swojej twarzy. Ja te zmiany w Ekstraklasie widzę. Ta liga w porównaniu z tym, co było dwanaście lat temu, to kompletnie inny poziom. Chciałbym, by Polska miała najlepszą ligę w Europie poza TOP5.

Każdy by chciał, ale to niemożliwe.

Oczywiście, że możliwe.

Jak?

Podnosząc konkurencyjność drużyn. Im wyższy poziom, tym ciężej trzeba pracować, być lepszym, tym więcej pieniędzy z praw telewizyjnych i tym większe zainteresowanie. Ekstraklasa to liga z większym potencjałem. Chciałbym, by polscy kibice pooglądali mecze z innych lig, by przekonali się, jak mocne rozgrywki mają u siebie.

A nie uważa pan, że w zbyt wielu klubach brakuje jakiejkolwiek kultury gry i wyniki kompletnie nie odzwierciedlają tego, kto gra lepiej w piłkę?

Ale z drugiej strony Polacy mają fantastyczną kulturę pracy. Piłkarzom po prostu chce się harować. To sprawia, że liga jest bardziej fizyczna i dlatego niektórym jest tu tak ciężko. Musisz grać na sto procent. Jeśli odpuścisz, przegrasz z kimkolwiek. Dzięki temu Ekstraklasa jest bardziej atrakcyjna. W Hiszpanii 90 procent wie, że nie zdobędzie mistrzostwa. Tutaj ten wachlarz jest znacznie szerszy i to wpływa na tę konkurencyjność, o której tak wiele mówię.

Nie obawia się pan, że Wisła przez problemy finansowe została jednak z tyłu stawki i ciężko będzie nadążyć za Legią, która regularnie gra w pucharach i Lechem, który zbija fortunę na transferach?

Wielkie drużyny żyją cyklami. Tak się dzieje w każdym kraju. Tak było we Włoszech z Milanem. Teraz rządzi Juventus, ale kwestią czasu jest, kiedy na szczyt wrócą kluby z Mediolanu. W Hiszpanii swój cykl miała Barcelona, a teraz Real. Tutaj będzie tak samo. Teraz mamy okres dominacji Legii, ale w pewnym momencie oni też pójdą w dół, a my wrócimy do góry. Tylko powtarzam, potrzebujemy czasu.

***

Pytania od kibiców:

Teraz pracuje nas trzech w dziale sportowym plus dwie osoby poza Polską. Jeden z tych skautów pracuje w Skandynawii. Krok po kroku będziemy budować ten departament, ale nie liczy się liczba ludzi, tylko jakość ich pracy.

Kiedy wróci? Kiedy będzie chciał. Siedzimy w gabinecie Marzeny Sarapaty i Damiana Dukata. Zobacz, tu mamy koszulkę Kuby w antyramie. Wisła zawsze będzie gotowa, by przyjąć go z otwartymi ramionami. Pytanie do niego, kiedy będzie chciał wrócić.

Jedyne, na co mam teraz czas, to praca dla Wisły. Jestem w stu procentach zaangażowany w ten klub i nie myślę o niczym innym.

Dla mnie to tak samo ważne rozgrywki jak liga. Lech przegrał dopiero w finale, ale moim zdaniem odbiło się to na zawodnikach mentalnie i wpłynęło na ich dyspozycję pod koniec sezonu ligowego. Dla mnie jednym z najgorszych momentów poprzedniego sezonu było właśnie odpadnięcie z Lechem z pucharu. Każdy tytuł się liczy. 

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała