#UWOLNIĆROMANA – CZAS NA SKAUTING POLITYCZNY?

Ta sprawa trwa ledwie od trzech dni, ale już zdążyła wykroczyć poza futbol. Najgłośniejszy transfer okienka nie doszedł do skutku. Roman Zozulia nie trenuje z nikim, piłkarze Betisu deklarują, że byli świadkiem publicznego linczowania i „wszyscy są Zozuliami”, szef ligi chce wytaczać procesy tym, którzy grozili piłkarzowi i prezydentowi Rayo, a w sprawę wmieszał się ambasador Ukrainy. Ba, mało tego! W hiszpańskim internecie pojawiły się nawet głosy, że całą aferę nakręciły rosyjskie służby. Wszystko po to, by zdeprecjonować ukraińskiego patriotę.

Ostatnią teorię można rzecz jasna włożyć między bajki, ale jedno się nie zmienia. Roman Zozulia, który przedwczoraj zmienił pracodawcę, w dalszym ciągu pozostaje w oku cyklonu. Uporządkujmy fakty: napastnik Betisu podpisał półroczne wypożyczenie z Rayo, ale lewicowi kibice kazali mu pakować walizkę w związku z jego polityczną przeszłością. Teraz Zozulia krąży pomiędzy Sewillą a Madrytem i nie wie co zrobić. Teoretycznie pozostaje piłkarzem Rayo. Jeśli w poniedziałek stawi się w Vallecas – będzie mógł trenować. Wszystko jednak wskazuje, że nie pojedzie na przedmieścia Madrytu, bo… jest przerażony i znajduje się w fatalnej kondycji psychicznej. Tak twierdzi jego otoczenie, a agent napastnika napastuje telefonami ukraińską i hiszpańską federację, by stworzyć precedens. Mianowicie – by umożliwić Zozulii podpisanie kontraktu z trzecim klubem. Teoretycznie jest to zabronione, bo do czerwca został zgłoszony przez Rayo. Sprawa jest jednak – umówmy się – dość ekstremalna.

zozulya 1

Stanowisko sympatyków Rayo jest jednoznaczne – „nie chcemy tu nazistów”. I nie chodzi tu tylko o ultraradykalną grupę Bukaneros, ale o ogół. Wczoraj w niesamowicie gorącej audycji radia COPE dziennikarze podyskutowali z niejakim Gelo, szefem związku kibiców. W studiu wręcz płonęło. Jeden z czołowych dziennikarzy pieklił się, że „jak mamy być najlepszą ligą świata, skoro w taki sposób przyjmujemy obcokrajowców”, tłumacz Zozulii wyjaśniał, że jego kolega czuje się upokorzony, ale Gelo zdania nie zmienił. Drzwi dla Ukraińca są zamknięte.

– Historia Zozulii i jego media społecznościowe jasno pokazują, do jakich grup należy. Paradował na zdjęciu z bronią! – tłumaczył rzecznik kibiców.
– Pique też wrzucił na Instagrama fotkę z AK47. To oznacza, że jest nazistą? – ripostował prowadzący dyskusję.
– Nie, ale widzieliśmy też wideo, na którym Zozulia atakuje arbitra. To najlepiej odzwierciedla jego wojenny charakter!

Hiszpania się podzieliła, ale coraz więcej osób staje po stronie Ukraińca. Skoro broni go Betis, La Liga, ambasada Ukrainy i media, to kto ma rację – pytają dziennikarze – oni wszyscy czy radykalni Bukaneros? Szef kibiców Rayo wczoraj się skompromitował. Odebrał telefon kompletnie nieprzygotowany merytorycznie. Bazował jedynie na kilku zdjęciach nie mając przy tym jakiejkolwiek wiedzy na temat Ukrainy. Dziennikarze tłukli mu do głowy, że sytuacja tego kraju – eufemistycznie rzecz ujmując – jest jednak dość delikatna i nie można wszystkich traktować zero jedynkowo, ale Gelo zdania nie zmienił. Generalnie sprawiał wrażenie gościa, który nie potrafiłby umiejscowić na mapie Kijowa, a Donbas kojarzył mu się z gitarą basową. To jednak nie przeszkodziło jego braciom po szalu zapaskudzić stadionu.

Zozulię we wczorajszej audycji bronił też ambasador Ukrainy. Anatolij Szczerba przekonywał, że „Roman jest patriotą, przykładem dla młodych ludzi i Rayo nie może prowadzić polityki bazującej na kłamstwach”. Wszyscy zapędzili się jednak w callejón sin salida, czyli ślepy zaułek. Tu nikt nie wygrywa. Przegrywa Betis, bo – chcąc nie chcąc – wplątał się w brudną aferę. Przegrywa Rayo, bo wizerunek klubu w oczach wielu postronnych widzów legł w gruzach. Przegrywa Zozulia, bo nie ma gdzie trenować i najpewniej straci pół roku. Przegrywa prezydent Rayo, bo postąpił wbrew kibicom, a potem się ugiął pod ich żądaniami, czym jeszcze bardziej nadwyrężył swoją pozycję. Przegrywa dyrektor Betisu, który wywalił sporo pieniędzy na bezużytecznego grajka, a potem nie potrafił mu nawet znaleźć nowego, tymczasowego lokum.

Cała ta sytuacja narzuca jednak bardzo istotne pytanie – czy dyrektorzy sportowi obserwując zawodnika powinni prowadzić skauting ideologiczny? Część klubów jest na tyle zaangażowanych politycznie, że potencjalnym kandydatom wypadałoby przedstawiać testy na ideologię. Im piłkarz ma węższe horyzonty, tym lepiej. Albo cytując Radosława Osucha – im głupszy, tym mu łatwiej w futbolu. W 2013 roku asystentem Abela Resino w Celcie miał zostać Salva Ballesta, ale kibice sprzeciwili się jego rzekomym poglądom nazistowskim. Prezydent Carlos Mourino się ugiął i Salva – choć bronił się, że nie ma sprecyzowanej opinii na temat polityki – nie dostał roboty. Kolejna historia – w 2011 roku Enaut Zubikarai miał przenieść się do Herculesa, ale i ta transakcja została storpedowana. Powód? Ojciec Enauta był członkiem ETA i został skazany za zabójstwo dwóch funkcjonariuszy guardia civil. Trenerzy oceniali bramkarza pozytywnie, naciskali na wypożyczenie, przekonywali, że nie interesują ich jego preferencje seksualne ani polityczne, ale klub ugiął się pod naciskiem kibiców i zerwał negocjacje z Sociedad.

I świeży przykład – w ostatnim meczu Betisu z Barceloną błysnęła perełka tych pierwszych, czyli Dani Ceballos. Chłopak jest na topie, pyta o niego Napoli, Betis walczy, jak może, by podnieść mu śmiesznie niską klauzulę i Dani raczej prędzej niż później odejdzie. Tak się jednak składa, że w wieku 16 lat wyraził na Twitterze nadzieję, że „na trybunę z katalońskimi i baskijskimi psami spadnie bomba”, a „Cesc i Pique nie mają wstydu robiąc sobie zdjęcia z flagą Katalonii”. Wyobrażacie sobie, co by się działo, gdyby Barca zainteresowała się Ceballosem? Na Avenida Diagonal w Barcelonie zorganizowano by pewnie marsz „anty-Ceballos”.

ceballos jpg

Większość tych anegdot jest – bardziej lub mniej – ale jednak dość oczywista do oceny. Przynajmniej z perspektywy Półwyspu Iberyjskiego. Z Zozulią sprawa jest o tyle trudniejsza, że dotyczy Ukrainy. Dotyczy kraju, o którym wielu Hiszpanów zwyczajnie nie ma pojęcia. Dotyczy państwa pochłoniętego wojną, którego Zozulia – jeżeli faktycznie dofinansowywał neonazistowskie organizacje paramilitarne walczące z Rosją – starał się w jakiś sposób bronić, tak tłumaczą go dziś jego sojusznicy. Przypominają też, że brał udział w akcji pt. „Pomagam ukraińskiej armii”, w której partycypowało wielu słynnych piłkarzy (Bojko, Czyhrynskij, Bruno Gama). Czy Zozulia robił to w sposób zgodny z etyką? Wczorajszy program pokazał, że kibice Rayo tego nie wiedzą. Czy jest patriotą? Też raczej nie mają pojęcia, ale jak mieliby to ocenić? Czy prezentuje poglądy zgodne z lewicową filozofią klubu? Zdecydowanie nie. Czy to oznacza, że jest faszystą? Sam zainteresowany twierdzi, że po prostu kocha swój kraj.

I wreszcie – czy w ogóle powinniśmy się nad tym zastanawiać? Czy polityka powinna wpływać na futbol aż do tego stopnia? Bo jeśli tak, to niektóre kluby powinny stworzyć nowy etat. Dla skauta politycznego. Lepiej dmuchać na zimne.