REAL 16/17 – DOKTORAT Z ZARZĄDZANIA ZIDANE’A

Późno zdecydował, że będzie trenerem. Początkowo nie widział siebie w tej roli ani on sam, ani nawet jego koledzy. – U Deschampsa było to bardziej oczywiste – twierdzi Fabien Barthez – ale Zizou zawsze umiał słuchać i obserwować. Gdy dostał szansę od Florentino Pereza, jedni twierdzili, że presidente jest po przerżniętym klasyku tak zdesperowany, by ratować wizerunek, że rzuci na żer nawet swojego ulubieńca. Inni z kolei, że to czas najwyższy, by wreszcie wystartował.

Poprzedni trener? Rafa Benitez. Despota, który strzelił sobie w stopę już na starcie. Zapytany podczas letniego tournee, czy Cristiano Ronaldo jest najlepszym piłkarzem, z jakim pracował, odpowiedział: „wystarczy stwierdzić, że jednym z najlepszych”. Błahostka? W 99% klubów przeszłoby to bez echa, ale jeśli godzisz się na pracę w Realu lub Barcelonie, przygotuj się, że odpowiedź „tak, Messi/Cristiano jest najlepszy” to obowiązek niemal wynikający z kontraktu. Nie pasuje? To wylatujesz jak nieszczęsny dyrektor Pere Gratacos, który stwierdził, że Messi nie byłby tak dobry bez Neymara, Suareza, Iniesty czy Pique i już po chwili się pakował. Benitez wytrwał, ale spalił sobie szatnię już na starcie. We wrześniu, ledwie dwa miesiące później odburknął, że tak, Cristiano jest najlepszy na świecie. – I dajcie mi wreszcie wszyscy święty spokój – mówiła jego mimika. Niby lepiej późno niż wcale, ale tu już i tak było za późno.

Zidane nie chciał wpaść w tę pułapkę. Na szacunek nie musiał jednak pracować. Miał go na starcie. Mógł wychodzić na gierkę w rondo, czyli naszego „dziadka” czy wystawiać piłki do strzału Jamesowi, a i tak większość była wpatrzona jak w obrazek i czuła się jak dzieciaki podczas zajęć z idolem. Kiedyś trafnie to ujął Raymond Domenech – jeśli nazywasz się „Laurent Blanc”, to jakimkolwiek będziesz trenerem, po wejściu do szatni będą cię słuchać. Bo jesteś mistrzem świata i pal licho twój warsztat. Zidane’a – niepotrzebne przecieki z szatni, by to dostrzec – słuchali od razu. A na wszelki wypadek zabezpieczył się już na początku. – Jeśli trójka BBC będzie w formie, to będzie grała zawsze.

zidane 2

Wypowiedź, która wracała setki razy. I przy okazji jedyna wypowiedź, z której Zidane ostatnio delikatnie się wycofał. – BBC nie gra „por decreto”, czyli dlatego, że tak jest zapisane w umowie – wyjaśniał na początku maja. Okoliczności go do tego zmusiły, bo w międzyczasie mięśnie tradycyjnie zaczęły strzelać Bale’owi i ktoś wyrósł wręcz ponad BBC. Ktoś, czyli Isco. Facet, który miałby skład we wszystkich klubach w Europie i pewnie w większości stałby się gwiazdą numer jeden. W Realu natomiast od miesięcy balansował na granicy między zespołem A i B. Gdy zdrowy jest Bale – „FantastIsco” na ogół musi godzić się z ławką (przesiedział całe El Clasico). W przeciwnym razie – ciągnie ekipę w sposób spektakularny. Na pytanie jednak, który Real wygrałby konfrontację drużyny A z drużyną B, wypadałoby powiedzieć: ten, w którym zagra Isco. 

Futbol się zmienił. Kiedyś rozgrywałeś 30-40 meczów i wystarczało ci 12-13 piłkarzy. Dzisiaj już nie. Tym bardziej w przypadku tej drużyny, gdzie prawie wszyscy występują w reprezentacjach – mówił kilkanaście dni temu Zidane’a zapytany po raz setny o rozróżnienie pomiędzy ekipą z BBC na czele a – jak to trafnie określiła „Marca” – gangiem Asensio. Gangiem Asensio, czyli paczką niewyżytą, na wiecznym głodzie, mającą bez przerwy mnóstwo do udowodnienia i przede wszystkim demolującą kolejne Granady, Leganes, Deportivo czy Eibary, gdy odpoczywać mogą legendy. Jak to kiedyś ujął Sir Alex Ferguson – młodzi przeskakują płot kolczasty tam, gdzie starsi szukają furtki. W przypadku Realu starsi się jednak z tym pogodzili – Ronaldo przestał stroić fochy jak wtedy, gdy na Las Palmas został zmieniony i posypały się portugalskie przekleństwa. Teraz CR w stu procentach akceptuje politykę rotacji Zidane’a. Efekt? Najlepszy miesiąc w roku i rozszarpanie niemal w pojedynkę Bayernu, Atletico plus Sevilli i Celty. – Nie jestem tym trenerem, który posadził Cristiano. On po prostu przez ostatnich kilka lat grał 60-70 meczów rocznie i musi trochę odpocząć. Jeśli wszyscy chcą zakończyć sezon na topie, trzeba odpoczywać.

***

„Dla mnie słowo „kryzys” nie istnieje. Futbol daje ci możliwość poprawienia sytuacji co trzy dni.

***

Najgorszy moment w pracy w Realu to ten, gdy musisz powiedzieć zawodnikom, którzy grają tak dobrze, że nie wystąpią w kolejnym meczu. Nie jestem jednak niesprawiedliwy. W innych klubach zmiennicy nie grają nawet przez minutę. To nie jest drużyna A, ani B, tylko mój zespół – to zbitka wypowiedzi Zidane’a z kilku konferencji. Człowieka, który – choć z racji podobnej drogi do Guardioli często był do niego porównywany – nie silił się na bycie kolejnym Stevem Jobsem futbolu. Nie szokował wyszukanymi manewrami taktycznymi. Nie zmieniał na siłę pozycji. Przy tym jednak dał się wykazać praktycznie każdemu.

zidane 3

To u niego napastnik z ławki stał się… drugim strzelcem drużyny. To u niego rezerwowy James wykręcił double-double w statystykach. To u niego bramki zdobywali wszyscy (poza Coentrao, ale jemu długo daleko było do miana piłkarza), a żaden zawodnik przed ostatnią kolejką nie dobił do 4000 minut na boisku (dla porównania w Atletico jest takich sześciu). To u niego drużyna Realu zaliczyła serię 63 kolejnych spotkań z golem (przed nimi tylko Santos z czasów Pele – 74 mecze). To u niego rezerwowi dali taką jakość, by trener Deportivo mógł stwierdzić, że – cytat – bardziej przejebanie ciężko jest pokonać Real B niż Real A, a bramkarz Sevilli powiedzieć, że nawet nie wie, której ekipy powinien bardziej się obawiać. Nikt nie został zarżnięty. Najwięcej grający Toni Kroos nawet nie zbliżył się pod względem liczby minut do choćby Antoine’a Griezmanna, którym orano przez cały sezon od dechy do dechy. Diagnoza Mario Kempesa brzmi banalnie, ale najlepiej podsumowuje Real 16/17. „Obecnie biegają tam wszyscy”. Kiedyś mówiło się o Zidanes y Pavones, teraz z kolei o Cristianos y Nachos. Tyle że ci drudzy – właśnie ci Nachos – wcale nie odbiegają poziomem od większych nazwisk. Czasem wręcz gwarantują większą solidność.

***

„Nie rozmawiajmy o ego, tylko o ludziach. To jest dla mnie piękne. Zarządzanie tą grupą ludzi, to najbardziej mi się podoba. Nawet bardziej niż taktyka”.

***

Zidane z rotacji uczynił sztukę. Zidane pokazał, że tytuły zdobywa kadra, a nie jedenastka, czy nawet czternastka. Patrząc na to, jak układał się ten sezon, dziś śmiało można powiedzieć, że bez Nacho, Jamesa, Moraty czy Kovacicia o mistrzostwo – przy tak niewielkich różnicach punktowych – byłoby piekielnie ciężko. Czy ci wszyscy bohaterowie z drugiego szeregu zaakceptują to w kolejnym sezonie? Wątpliwe. Kilku ruszy do innych lig (Manchester United), kilku pewnie będzie się dopominało o częstszą grę. Druga część egzaminu z zarządzania ego przyjdzie jednak w następnych rozgrywkach, a na ten moment liczy się tylko wynik. I przed tym właśnie wyniszczającym sezonem – po Euro 2016 i Copa America Centenario – Zidane usiadł ze swoim asystentem Pintusem, przeanalizował terminarz i odpalił swojego „Football Managera”, by tak tak to wszystko zaplanować, żeby w żadnym momencie nie wyskoczyło okienko z piłkarzem narzekającym na brak gry.

Diego Simeone napisał w swojej książce, że najgorsza sytuacja dla trenera zachodzi wtedy, gdy drużyna przegrywa, a idol jest odsunięty na ławkę. W Realu 16/17 ego powinno rozsadzać tę ławkę co kolejkę, tymczasem mamy koniec maja i większość nie daje po sobie poznać braku zadowolenia. Nikt nie czuje się skrzywdzony. Efekt? Tylko dwa mecze dzielą Real od pierwszego dubletu (mistrzostwo + Puchar Europy) od 1958 roku, pierwszej wygranej w LaLiga od pięciu lat i powtórki w Lidze Mistrzów. Nie najgorzej jak na półtora roku pracy, prawda?

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała