OD TEGO LUKSUSU JUŻ SIĘ NIE ODZWYCZAIMY

Kilka miesięcy temu, chwilkę po Euro, spotkałem się z byłym prezesem ekstraklasowego klubu. Dziwił się całej euforii w mediach. Burzył się wręcz, że piłkarzy witano na lotnisku jak bohaterów narodowych i że wszyscy odtrąbili wielki sukces. Mało tego, skoro trafiła nam się aż taka generacja i zrobił się boom na Polaków, to – pytał – z czego w zasadzie się tu cieszyć? Wynik na miarę możliwości, nic więcej. 

Zupełnie się z tą opinią nie zgadzałem – na powitanie kadrowicze zasłużyli choćby za wywołanie szalonego entuzjazmu przy okazji meczów jak u siatkarzy, Małysza czy ręcznych – ale przypomniała mi się ta dyskusja, gdy tweetowałem sobie ostatnio z kibicami na temat Krychowiaka, Teodorczyka i Zielińskiego. Każdemu z nich, choć mówimy tu o piłkarzach klasy europejskiej, można, jak się okazuje, coś zarzucić. „Krycha” niepotrzebnie porwał się na PSG, jak on mógł wybrać taki klub i niech w ogóle zawija się już do Emiratów. Zieliński? Faktycznie coś chłopak ma, ale co z tego, skoro nie przekłada się to na kadrę. Przereklamowany. Teodorczyk? Eee, co to w ogóle jest Belgia.

Mówimy tu o piłkarzach Napoli, Paris Saint-Germain i Anderlechtu. 

Często śledzę dyskusje między polskimi kibicami i widząc, kogo dziś wielu kwestionuje, stają mi przed oczami poprzednie lata. Przypomina mi się okres, gdy co weekend zasiadało się przed telewizorem posłuchać Bożydara Iwanowa przy Żurawskim błyszczącym w Celtiku z Nakamurą. Momentami – już po latach – przygotowując cotygodniowe podsumowania „stranierich” trudno było znaleźć choć trzy-cztery jaśniejsze punkty. Gwarancję dawał Lewandowski, Piszczek, któryś z bramkarzy i czasem jakiś inny wystrzał. Powołania dostawali piłkarze Ankaragucu i Foggii, a na mecz z Ukrainą po czterech latach przyjechał Mariusz Lewandowski z Sewastopola. Za talenty uchodzili Sobota, Furman oraz Łukasik, a co mecz drażniły wywiady Polanskiego, Boenischa i Obraniaka, w których widziano światełko w tunelu. Światełko, którym okazał się nadjeżdżający pociąg.

W 2010 roku w reprezentacji zadebiutowało 23 zawodników. Duża w tym oczywiście zasługa zimowych zgrupowań – w 2012 pojawił się na nim Rymaniak (!!!) – ale nawet na poważniejsze mecze potrafili wyjść Pietrasiak (Australia) czy Wołąkiewicz (Ekwador). Selekcjonerzy pomysłu na kadrę nie mieli żadnego (Fornalik dający się namówić dziennikarzom na Radka Majewskiego czy dzwoniący po wspomnianego Mariusza Lewandowskiego) i kolejne zgrupowania przynosiły coraz bardziej absurdalne pomysły. Nie ustrzegł się ich też Nawałka, zwłaszcza podczas zimowych wojaży, ale już dwa ostatnie lata bez takich wypraw uczyniły z kadry miejsce tak ekskluzywne jak madrycka dzielnica La Finca, w której mieszkają piłkarze Realu. Żeby w ogóle obejrzeć tam apartament, trzeba zaliczyć odpowiedni casting spełniając po drodze szereg kosmicznych wymagań.

W dziewięciu meczach 2015 roku objawiło nam się dwóch kadrowiczów – Dawidowicz i Kapustka. W 2016 debiutantów zobaczyliśmy trzech – gwiazdę ligi duńskiej (Wilczek) i dwóch czołowych pomocników Ekstraklasy (Dąbrowski i Góralski). Po żadnym z tych powołań nikt jednak nie chciał wysłać selekcjonera do psychiatry. Nawet Dawidowicz grający wówczas ledwie w rezerwach Benfiki był ważną postacią kadry U-21 i jego powołanie dało się logicznie uzasadnić. Przez ostatnich kilkadziesiąt miesięcy przyzwyczailiśmy się jednak, że reprezentacja stała się towarem tak ekskluzywnym, że byle ligowiec nie ma prawa mieć do niego dostępu. Przy całym tym rozwoju zaczęły nas uwierać wady tych, którzy jeszcze kilka, może dziesięć lat temu oglądaliby nas z reklam na warszawskich wieżowcach lub namawiali między meczami do gry w zakładach bukmacherskich (bo wtedy można było). Oswoiliśmy się z okładkami z Lewandowskim do tego stopnia, że Polak wyróżniający się w Eredivisie (Klich, Golla), wyważający drzwi do składu Bordeaux (Lewczuk), błyszczący w Championship (Białkowski) czy zaskakująco dobrze radzący sobie w Nantes (Stępiński) przestał na nas robić jakiekolwiek wrażenie. 

Kiedyś zachwycaliśmy się Żurawskim ostrzeliwującym Kilmarnocki, dziś nie podoba nam się, że Krychowiak przegrywa z Mottą. Kiedyś traktowano przeciętnego Obraniaka jako potencjalnego zbawiciela kadry, a dziś gdy Zieliński uczy Inter, jak się gra w piłkę, przypominamy sobie jego słaby występ z Ukrainą. Jakiś czas temu na zgrupowaniu kadry Karol Linetty zapytał mnie, dlaczego nie pokazaliśmy w Eleven dwóch meczów Sampdorii. – Pewnie sam się nie spodziewałeś, że od razu zaczniesz grać – odpowiedziałem, a on na to: – No tak, ale rodzice pytali i znajomi. Poza tym to zawsze mecz Polaka…

Od tej rozmowy minęły ledwie trzy miesiące, a on zdążył wyrosnąć na gwiazdę Sampdorii i za chwilę będzie wprowadzał do drużyny swojego kolegę z Poznania. Już wtedy jednak ramówki telewizyjne tak pęczniały od meczów Polaków, że człowiek spędziłby cały tydzień na pochłanianiu powtórek, gdyby chciał to wszystko ogarnąć. Oglądasz Lewandowskiego, z Twittera atakują informacje o spektakularnej paradzie Skorupskiego, golu Stępińskiego, „spettacolare” Szczęsnym, artykule na temat „Assassin’s Glik”, a w głośnikach drugiego telewizora słyszysz Decibela skandującego na Stadio San Paolo „AR-KA-DIU-SZO”. Po latach chodzenia do podrzędnej kantyny, od święta sięgając po lepsze wino, przywykliśmy do restauracji z gwiazdką Michelin i na słabsze dania nie chcemy nawet rzucić okiem. 

Uzależniliśmy się od luksusu, z którego już się nie wyleczymy. Wystarczy poczekać na najbliższe mecze Polaków. Do weekendu zostało kilka dni. A nie, przepraszam… Wszołek właśnie po raz drugi w ciągu ostatnich trzech dni został bohaterem QPR.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała