NIE DAM SOBIE WMÓWIĆ, ŻE BIELIK SIĘ SKOŃCZYŁ

bielik

Dlaczego tylko głupi odrzuciłby ofertę z Legii? Która gwiazda Arsenalu okazała się najbardziej pomocna, a która jest największym kozakiem na boisku? Kiedy spotkał go największy zajazd i gdzie skakali sobie piłkarze do gardeł? Jak przebiegała przeprowadzka do Warszawy i co ma Londyn, czego nie ma Hamburg? Skąd wybuch frustracji po turnieju U-17 i zamieszanie z rezygnacją z kadry? Gdzie było ciężko doprosić się o buty i dlaczego dziennikarze nie dają się lubić? O tym wszystkim, a także o wielu innych sprawach opowiedział Krystian Bielik, obrońca Arsenalu i reprezentacji U-21.

Wreszcie masz za sobą pierwszą rundę w dorosłej piłce angielskiej i można cię miarodajnie ocenić. Jaką sobie wystawiasz notę?

Widziałem sporo pozytywnych opinii, co jeszcze bardziej napędza do pracy. Aż chce się grać. Gdy ktoś ocenia cię negatywnie, pojawiają się w głowie słabsze momenty i zadajesz sobie pytanie, co jest nie tak. U mnie wszystko jest w porządku. Pierwszą rundę spędziłem w U-23 Arsenalu, drugą w Birmingham. Rozegrałem 10 meczów w Championship i z pewnego poziomu nie schodziłem. Albo grałem bardzo dobrze, albo dobrze, albo poprawnie, ale bez jakichś niespodzianek. Dobrze, że zacząłem grać. W Legii powąchałem seniorską piłkę, której potem zapomniałem w Londynie. Fajnie było wrócić do prawdziwego, profesjonalnego futbolu i pokazać, że nie zginąłem.

Ile ci dawało granie w U-23 Arsenalu i młodzieżowej Lidze Mistrzów? Jaki to w zasadzie poziom?

Wielu mówiło, że nie zrobiłem progresu lub się cofnąłem. Szczerze? Angielska U-23 to zupełnie inny poziom niż rezerwy czy CLJ w Polsce. Nie ma porównania. Pod żadnym względem. Dużo dały mi treningi z pierwszą drużyną, z którą przebywałem na co dzień. To naprawdę mnie budowało. Dzięki temu wychodziłem na U-23 z większą pewnością i okazało się, że jestem gotowy.

bielik 2

Obejrzałem obszerne skróty twoich występów w sparingach Arsenalu, U-23 i Youth League. Jedna rzecz, która imponuje – duży luz w wyprowadzeniu piłki. Często gdy młody wchodzi do nowego zespołu, stara się grać bezpiecznie, a u ciebie było wręcz przeciwnie.

Z drugiej strony mój największy mankament to defensywa. Nadal uważam, że środek obrony to dla mnie nowa pozycja, choć regularnie na niej gram.

Na początku przygody z Arsenalem powiedziałeś nawet, że nie wyobrażasz sobie gry jako stoper.

Bo w życiu sobie nie wyobrażałem!

Odchodziłeś z Polski jako defensywny pomocnik.

I to wyprowadzenie mi zostało. W Górniku Konin byłem napastnikiem, w Lechu ofensywnym pomocnikiem, potem schodziłem niżej, aż w Legii zostałem defensywnym. Czasem oglądam mecze Ekstraklasy lub Championship i widzę, że środkowi obrońcy albo nie dostrzegają podań między liniami, albo troszkę się boją. Ja mam taki nawyk – dostanę piłkę, to od razu szukam gry do przodu. Chcę zrobić różnicę podaniem. Wiem, że jeśli gram z Santim Cazorlą i dam dobrą, mocną piłkę między formacjami, to on przyjmie kierunkowo do bramki przeciwnika i zrobi nam się dużo miejsca. Takie podania dają bardzo wiele. Czasem robi się ciasno i nie ma sensu kombinować, ale ja zawsze najpierw szukam pomocników lub napastników. Albo – gdy napastnicy się cofną – pozwalam sobie na drybling. Uwielbiam takie granie.

Dobrze, że trafiałeś na trenerów, którzy tego nie kasowali. W Championship wielu pewnie by ci na to nie pozwoliło.

Nigdy nie będę wybijał piłki. To nie mój styl. Miałem jednak świadomość, w jakiej sytuacji znaleźliśmy się pod koniec z Birmingham. Najgorszy okres od lat. Przegrywaliśmy wszystko, traciliśmy gole. To nie był czas na pokazywanie, że potrafię grać w piłkę. Niekiedy nawet chciałem rozegrać, krzyczę do Tomka Kuszczaka, żeby mi podał, a drugi obrońca: „Krystian, co ty robisz?! Wyjazd do przodu!”. Championship. W Premier League wiele klubów chce grać od tyłu, ale ligę niżej raczej czołowa piątka szuka fajnych piłek, a reszta gra długie do napastnika. Tak czy inaczej – super szkoła. Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji. Widziałem, jak zawodnicy skakali sobie do gardeł, wypominali, co zrobili źle…

Tobie też się obrywało?

Nie, ale też nie wychodziłem przed szereg. Gdy ktoś krzyknął: „Krystian, graj szybciej!”, to mówiłem: „dobra, sorry, następnym razem zagram”. Inny młody odmachnął ręką, to od razu do niego dojechali. Gdy w takiej drużynie młody odpyskuje starszemu, robi się gorąco. To sytuacje, jakich nie spotkasz w juniorach. Przeklniesz na kolegę, to trener zwróci uwagę, żebyś nie przeklinał. Żadna młoda drużyna nie da mi takich doświadczeń, jakie przeżyłem w Birmingham.

bielik 9

Na początku przygody z Anglią powiedziałeś, że zszokowało cię tempo i intensywność.

Tempo, dokładność, boisko jak stół… Wszystko. Każdy klub Premier League to magia. To trzeba zobaczyć. Pójść, nagrać i odtwarzać, do czego zawodnicy na tym poziomie są zdolni. Pojechałem do Arsenalu po okresie świątecznym. Pod koniec w Legii nie trenowałem przez dwa tygodnie. Poinformowałem klub, że Arsenal to dla mnie wielka szansa i żeby sobie nie zaszkodzić jakąś kontuzją, zostawałem w szatni na rowerek. Potem były święta. Do Londynu pojechałem w takim stanie, że musiałem mocno przepracować trzy-cztery tygodnie. Mocno… To był największy zajazd w życiu. Nigdy tak nie dostałem w kość. Chciałem uniknąć kontuzji, ale nie wiedziałem, że przepaść będzie aż taka. Żeby było jasne – nie miałem brzucha, ale źle się czułem. Dzień po takim bieganiu, jakie mi tam urządzili, jesteś trupem. Po trzech tygodniach wróciłem jednak do formy. Pamiętam pierwszy trening. Francis Coquelin od razu mi się zameldował. Próbowałem się poprzepychać, a tu natychmiast wjazd w nogi. Chciał pokazać, żebym nie świrował, tylko grał swoje. Ale to normalne. Dziś mam super kontakt ze wszystkimi. To znaczy – nie wymagam, żebyśmy chodzili na kolacyjki z Alexisem Sanchezem, ale każdy zapyta co słychać. Na początku był też Wojtek Szczęsny…

… ale najbardziej pomógł ci Rosicky.

Dobrze, że przypominasz. Najlepszy kontakt złapałem z Tomasem i Jackiem Wilsherem. Jack zawsze wybierał mnie na początku do siatkonogi, a Tomas pomógł mi rozmowami. Po gorszym treningu zawsze brał na bok i tłumaczył, żebym się nie przejmował, bo jutro będzie lepiej. Może to nic takiego, ale gdy ktoś tak doświadczony sam wychodzi z inicjatywą, to daje bardzo dużo. Tomas regularnie oglądał nasze mecze U-23. Zazwyczaj były na bardzo dobrym poziomie, ale zawsze znalazł jakieś drobne błędy.

– Słuchaj, wszystko fajnie, ale pamiętasz tę sytuację z drugiej połowy?
– Jasne.
– Zrobimy to na treningu. Zobacz, jak w takich sytuacjach zachowują się Santi lub Ramsey.

Rosicky – kapitalny człowiek. W Birmingham taką osobą był Tomek Kuszczak.

bielik 8

Wyjeżdżasz z Ekstraklasy jako 17-latek, nie prezentowałeś się fizycznie tak jak teraz i wychodzisz na trening rywalizować z Giroudem czy Alexisem. Przecież to brzmi jak abstrakcja.

Wtedy jeszcze byłem defensywnym pomocnikiem, więc miałem więcej kontaktu z pomocnikami niż napastnikami. Olivier? Nie wiem, czy znajdziesz silniejszego napastnika od niego. Byk. Jak się zastawia, jak gra na ścianę… Jak się zachowuje, gdy dostaje mocną po ziemi na lepszą nogę i wychodzi do grania… Bezcenne doświadczenie. Nie było jednak tak, że przegrywałem wszystkie pojedynki. Często wygrywałem lub Olivier się denerwował, że go pokopałem lub wyzywał, żebym się opanował. Ale to wszystko w dobrej wierze.

A poza boiskiem?

Kiedy wygraliśmy w U-23 z Chelsea – pierwsza wygrana Arsenalu od czterech lat w młodej – mieliśmy powód do świętowania. Następny dzień wolny, więc poszliśmy do klubu. Z pierwszą drużyną w trakcie sezonu raczej nie. Tylko podczas tournee w USA.

Da się ukryć przed paparazzi w przypadku tych gwiazd?

Wszystko się da, ale trzeba z głową.

Wilshere’a parę razy przyłapali.

Ale trener Wenger stawał po jego stronie i go bronił. „Zaszkodziło mu” (śmiech).

A ty jaką masz teraz rozpoznawalność w Londynie?

Zdarza się, że chodzę po centrum handlowym i słyszę „Bielik, Bielik”, a potem zdjęcia. Często ktoś się przygląda, jakby nie był pewien, że ja to ja. Mam świadomość, że może to się skończyć, ale chciałbym jak najdłużej pozostać incognito.

Na początku Arsenal ulokował cię w angielskiej rodzinie tak jak Wojtka Szczęsnego.

Taka zasada, że do 18. roku życia mieszkasz w rodzinie. Ja trafiłem do takiej, gdzie była mama i 9-letnia córka. Nauka angielskiego poszła o wiele szybciej. Po 1,5 roku czułem się naprawdę swobodnie. Piłkę i język postawiłem na pierwszym miejscu. Na początku zdarzały się momenty, gdy chłopaki mieli w szatni wspólne tematy, a ja nic nie mówiłem.

Nie zakładałeś w Polsce, że angielski tak szybko się przyda.

Sam transfer do Legii to już był duży przeskok.

Bo grałeś wtedy w juniorach młodszych Lecha?

Tak.

Znalazłem taką wypowiedź Karola Klimczaka: „My w ten sposób nie handlujemy młodymi graczami. Inaczej przedstawiamy tym chłopcom ścieżki rozwoju. Mówimy: „Trenuj w akademii, zadebiutuj w Lechu, a my wspólnie z twoimi rodzicami pomożemy ci znaleźć dobry klub, ale dopiero za jakiś czas (…). W Lechu miał jednak ułożoną inną ścieżkę rozwoju, podobną do tej, jaką mają Dawid Kownacki czy Jakub Serafin” (GW).

Nikt nie opowiadał, że znajdą mi klub. Było „trenuj, trenuj”. No i były obiecanki. Trener juniorów starszych, Marek Śledź obiecywał, że weźmie mnie do starszych. Złamałem jednak duży palec u stopy, wypadłem na miesiąc i na pół roku znów zostałem cofnięty do młodszych. Obudzili się pod koniec, gdy zaczęło śmierdzieć odejściem. Dali mi kontrakt, ale długo go nie podpisywałem, bo związałem się z Czarkiem Kucharskim, Pawłem Hardejem i zaczęły się rozmowy z Legią. Lech zaczął się bać i postawili ultimatum: albo rozwiążę kontrakt z menedżerem, albo nie będę grał.

Średnio etyczne.

Takie mieli zasady – zero menedżerów. Nie ufali nikomu. Albo nas chcieli chronić, albo bali się, że uciekniemy do innych klubów. Od tamtej pory to się jednak zmieniło.

No dobrze, a co z tą mityczną ścieżką rozwoju, o której tak wiele się tam mówi?

Była, była. Rozpisana na tablicy w pokojach trenerów. Trener Śledź pokazywał mi, za ile lat znajdę się w pierwszej drużynie.

I teraz byś był?

Tak, teraz tak. Przynajmniej według tablicy. Mam na ten temat swoje zdanie – uważam, że byłem na tyle dobry, by grać wyżej. Powiem więcej – gdybym wtedy od sześciu miesięcy występował w juniorach starszych i przyszłaby Legia, to odmówiłbym. W ogóle nie ciągnąłbym tematu. Nie byłbym zainteresowany. Po pierwsze – nie chciałbym zdradzić klubu, który wywiązał się z obietnicy. Po drugie – byłbym w lepszej sytuacji. Junior starszy trenował we Wronkach, nie musiał nigdzie wyjeżdżać, szatnia i baza na miejscu… Nawet takie głupoty. Cóż, cała ta sytuacja to typowy błąd klubu. Lech przyznaje się, że coś zaniedbali. A na moim miejscu tylko głupi by nie skorzystał z takiej oferty, jaką dała Legia.

Jak dokładnie przebiegał ten transfer?

Graliśmy mistrzostwa Polski z Lechem, przyjechali mnie zobaczyć Paweł Hardej, Radek Kucharski z Legii, po czym prezes Leśnodorski dostał telefon: „bierzcie chłopaka i zaproponujcie pierwszą drużynę”. Tak się stało. Zadzwonili, zaproponowali profesjonalny kontrakt, spakowałem się i przed wygaśnięciem starej umowy w Lechu podpisałem nową z Legią. Na koniec wróciłem do Wronek, gdzie spotkałem się z dyrektorem Śledziem i trenerem.

Co usłyszałeś na odchodne?

Dyrektor Śledź powiedział, że to jest powód, dla którego nie ufa w słowa wypowiedziane przez ludzi, bo słowa są puste. Tak, dałem słowo, że podpiszę nowy kontrakt z Lechem, a podpisałem z Legią. Z drugiej strony – jak już mówiłem – coraz mocniej zdawałem sobie sprawę, jaką mam pozycję w Poznaniu. Podziękowałem za wszystko. Byli w szoku. Dyrektor zawołał trenera, a ten ucieszony: „o, nareszcie kontrakt przywiozłeś!”, bo myślał, że właśnie przedłużyłem umowę z Lechem. To nie była miła rozmowa. Raczej smutna atmosfera. Wciąż jednak mam świetny kontakt z trenerem Tomaszewskim, a trener Śledź – choć długo nie rozmawialiśmy – potem życzył szczęścia i cieszył się, że mi się układa.

Czułeś się jakkolwiek emocjonalnie związany z Lechem?

Grałem tam od 12. do 16. roku życia. Związany? Wszystko się szybko zmieniło. Miałem wtedy podejście: fajnie gram sobie w piłkę, bo to kocham, dostaję 300 złotych netto na konto i rodzice mnie utrzymują, ale…

… ale byłeś jednym z wielu.

O Jezu…

Bardzo wielu?

Bardzo wielu. Czasem dostałem wyróżnienie od trenera, usłyszałem, że wszystko fajnie wygląda, ale nic za tym nie szło. Rozmowa rozmową, a na nic się nie przekładało. Głośno powiedziałem, że to wszystko wydawało mi się dziwne i powinni działać szybciej. Widziałem, że niektórzy juniorzy młodsi byli lepsi od starszych, a nie mieli nawet okazji, żeby potrenować ze starszymi. Gdyby dali nam sygnał i wzięli na trening do juniorów starszych, to chłopaki by się lepiej poczuli. Dodatkowy bodziec do rozwoju. Nie mówię nawet o pierwszej drużynie czy rezerwach – chodzi mi o juniorów starszych! Przyszła Legia? Podpisałem, siema i tyle. Słuchaj, ja nawet nie wiem, czy mogę mówić, że nie przebiłem się w Lechu. Nie chcę nikogo obrażać, bo szanuję tych ludzi, ale to typowy błąd systemu. Albo opowiadali, że załatwią nam buty do gry. Dostawaliśmy 300 złotych, ale co za to kupisz? Butów raczej nie, a tylko słyszeliśmy: „podajcie rozmiary, załatwimy, załatwimy”, czekaliśmy trzy-cztery miesiące i nic.

Lech uchodzi w Polsce za wzór akademii.

Od tamtej pory sporo się zmieniło, ale wiem, że nadal nie jest perfekcyjnie. Szanuję oba kluby, w obu zostawiłem świetnych znajomych i pracowałem z super trenerami, ale Legia pod względem organizacji to w porównaniu z Lechem inna bajka.

bielik 4

W Warszawie poszło ci błyskawicznie – po dwóch meczach w rezerwach zadebiutowałeś w Ekstraklasie.

Było sześciu na moje miejsce. Ivo Vrdoljak, Helio Pinto, „Jodła”… W pierwszy trening wjechałem z grubej rury. Nawet na takim głupim „dziadku”. Zacząłem jechać tak, że sobie nie wyobrażasz. Typowa walka o marzenia. Trener Berg mi zaufał. Dostałem sygnał, na jaki nie mogłem liczyć w Lechu. Szansę z Koroną wykorzystałem w stu procentach. Ten mecz był mój. Nigdy wcześniej nie czułem się tak dobrze na boisku. Pierwszy raz grałem przy takim dopingu. Adrenalina na takim poziomie, że czujesz, że żyjesz. Zostałem wybrany zawodnikiem meczu. Rozwaliłem po prostu system! (śmiech) Pamiętam, jak wcześniej wszedłem do szatni Legii. Patrzę, siedzi Łukasz Broź i pytam Dominika Ebebenge:

– Mam do niego mówić na pan?
– Oczywiście, że na ty!

„Rado” wziął mnie na skrzydła na pierwszym treningu. Tak samo „Bereś”, „Broziu” czy Kuba. A Mati Hołownia, z którym mieszkałem, pokazał mi Warszawę (śmiech). Zakochałem się w Legii i tym mieście od początku. Zawsze będę wspominał ten czas jako jeden z najlepszych okresów w życiu.

Czyli paradoksalnie czujesz się bardziej związany z Legią niż z Lechem?

Gdzie ja grałem w Lechu? Tylko w młodych drużynach, gdzie jeżdżą za tobą tylko rodzice. Grasz o punkty, ale co to za punkty? Wygrywasz jakieś mistrzostwa, ale co z tego? Większym sukcesem jest utrzymanie w Birmingham. W Legii dostałem to, o czym nie marzyłem w Lechu i mówię tu nawet o grze w rezerwach u trenera Magiery.

Kiedy dokładnie zaczął się szum transferowy?

Początkowo klub nie chciał mnie informować, nawet jeśli coś było. Potem pojawił się Hamburg. Byłem tam, zwiedziłem klub, porozmawialiśmy. Wszystko wyglądało super, ale pojawił się Arsenal.

Co miał Arsenal, czego nie miał Hamburg? Niemcy płacili podobno lepiej.

Pieniądze porównywalne. Hamburg nie miał… Jakby to ująć…

Tej całej magii Premier League?

Hamburg nie nazywa się „Arsenal”, nie prowadzi go trener Wenger, a na środku nie gra Santi Cazorla. Gdy ktoś mnie pyta, kto jest najlepszy w Arsenalu, to zawsze mówię, że Santi.

Dlaczego aż tak zakochałeś się w Cazorli, a nie np. w Alexisie Sanchezie?

Jezu kochany, to jest magia. Kiedy jesteś z Santim w drużynie, to nie przegrywasz, piłka tak chodzi. Z nim można grać wszystko. Zabawka. A przy tym fajny gość. Ciągle po mnie jeździł. Po treningu specjalnie we mnie kopał, żeby mi się odbiła od piszczela, a potem jechał, że jestem drewniany.

bielik 5

Był jakiś moment w trakcie przygody z Arsenalem, kiedy czułeś, że jest szansa na minuty w Premier League?

Z tyłu głowy liczyłem, że trener Wenger mi zaufa. Walczę o to zaufanie od trzech lat. Jest ciężko, ale usłyszałem od trenera, że nie widział tak wyszkolonego technicznie stopera jak ja. Brakuje mi jeszcze doświadczenia. Nie jest tajemnicą, że byłoby fajnie, gdybym jeszcze pograł w Championship. Wiem, że kluby się tam do mnie przekonały. Słyszałem też o Bundeslidze, ale najważniejsze, żebym zagrał, ile meczów się da, w następnym sezonie. Jeśli to się uda, wrócę gotowy do rywalizacji o skład. Teraz natomiast wszystko zależy, ile pogram na Euro. Jeśli zaliczę – powiedzmy – trzy mecze, to pewnie dostanę wolne i będę mógł wrócić do Arsenalu ok. 13. lipca. W przeciwnym razie być może wrócę szybciej i polecę do Australii na tournee z Arsenalem. Trener chce, żebym był wypoczęty i w stu procentach gotowy. Część klubów jest na mnie zdecydowanych, ale czekamy też na papiery lub telefon: „jesteśmy pewni, chcemy Krystiana na następny sezon”.

A co, jeśli Wenger odejdzie?

Mam nadzieję, że zostanie, ale to już nie zależy ode mnie. Teraz trzeba się skupić na Euro.

Czeka cię też pewnie spokojniejsze okienko, bo do Birmingham trafiłeś w ostatnich godzinach zimowego deadline day.

Grałem sobie w CS-a na komputerze, gdy zadzwonił ktoś z Arsenalu: „słuchaj Krystian, chce cię Gianfranco Zola i masz cztery godziny na decyzję”. Wow! Zadzwoniłem do Pawła Hardeja, sprawdziliśmy, kto tam gra i jaka sytuacja. Potem telefon do rodziców, oni też nie za bardzo wiedzieli, o co chodzi, spakowałem się na dwa dni, pojechałem podpisać i tyle. Młodzi często podpisują w ostatnich godzinach. Wszystko wyszło na plus. Znów zaczęło się mówić o Krystianie. Bo jak jest cisza i nic nie słychać, to słabo.

Po drodze były dwa momenty, gdy zrobiło się o tobie głośno. Pierwszy – wywiad na Łączy nas Piłka, w którym stwierdziłeś, że cała Polska jest przeciwko kadrze U-17 i prawie nikt nie życzy wam dobrze. O co tam chodziło?

Frustracja. Wszystko się napompowało. Naczytałem się komentarzy, że jesteśmy słabi – ludzie mieli prawo, bo naprawdę graliśmy słabo – i za bardzo wziąłem to do siebie. Wybuchłem i… przepraszam cały kraj. Za dużo powiedziałem, przyznaję. To było niepotrzebne. Było, minęło. Kiedy jednak teraz myślę o Euro U-17, to mówię wprost: dla mnie takie turnieje to nie jest coś wielkiego. Są rzeczy ważniejsze.

Reprezentacja U-18 to też nie było coś wielkiego, gdy z niej zrezygnowałeś.

Tu nie zmieniam zdania. Co to jest turniej o pietruchę U-18 na Łotwie? No stary, sam powiedz, po co miałem tam jechać? Nie wygrasz nic, ktoś cię kopnie, wrócisz do klubu i co?

Kibice tego nie zrozumieją – oni odbierają to tak, że wypinasz się na reprezentację.

Wiem, że kibice nie rozumieją i będą mnie oceniać, ale lepszej decyzji nie mogłem podjąć.

Bałeś się tej decyzji o rezygnacji, że sobie zaszkodzisz?

W jakimś stopniu zaszkodziłem, bo ludzie po mnie pojechali.

Pół biedy, że pojechali. Chodzi mi o PZPN.

Nie, tego się nie bałem. Wiedziałem, że niedługo dostanę powołanie. Trener Janas powiedział za dużo. Nie tak się umawialiśmy. Dostałem informację, że jeśli nie przyjeżdżam, to mam podpisać papiery i wysłać do PZPN-u, żeby wszystko potwierdzili. Myślałem, że wszystko załatwimy między nami, a na następny dzień poleciało to tak po kraju, że nie uwierzysz, stary, jaka jazda. Chciałem zachować się z klasą. Powiedziałem: „trenerze, dziękuję za powołanie, ale dla mnie lepiej, żebym nie przyjeżdżał”. Przykro mi się zrobiło. Wytłumaczę to wprost: kiedy zaczynasz w Arsenalu, nie jest tak, że trenujesz grasz, jesteś kozak i z góry utrzymujesz miejsce. Teraz mam lepszą pozycję, ale wtedy jeszcze takiej nie miałem. Jedziesz na kadrę, chłopak, który z tobą rywalizuje, wskakuje na treningi, pokazuje się z dobrej strony, trenuje z pierwszą drużyną, wracasz, ale jeżeli dobrze mu poszło, to żebyś wrócił do miejsca, z którego startowałeś, kolega musiałby się spisać tragicznie. Mam świadomość, że to zostało źle rozegrane. Nie sądziłem jednak, że moja decyzja zostanie odebrana aż tak negatywnie. Po jakimś czasie rozmawiałem z prezesem Bońkiem. Powiedział, że pewnym sensie mnie rozumie, ale z drugiej strony uważa, że kadra to kadra i powinienem przyjechać.

A teraz – pod nieobecność Kamila Glika – liczyłeś po cichu na powołanie od Adama Nawałki?

Nie. Powiedziałem jednak, że dostanę powołanie do dorosłej kadry. Nie wiem, czy wcześniej, czy później, ale wiem, że do niej trafię. Tyle na ten temat.

Generalnie to niezły z ciebie antysystemowiec jak na taki wiek. Nie odpowiadał ci system w Lechu, to się zawinąłeś. Nie odpowiadały mecze w kadrze, to postawiłeś się PZPN-owi.

Zawsze mówię, co myślę. Jeśli grozi mi utrata pozycji, jaką wypracowałem sobie w Arsenalu, to nie będę bał się trenera, bo powie, że nigdy mnie nie powoła. Dla mnie to śmieszne. Grasz dobrze, idziesz wyżej. Grasz lepiej, idziesz jeszcze wyżej. Tak podchodzę do kadry U-21.

Patrząc na problemy stoperów, np. Jacha czy Dawidowicza – liczysz na jedenastkę?

Nie jestem zawodnikiem, który jedzie na kadrę, by siedzieć na ławce. Nie jestem ławkowiczem. Mogę usiąść w pierwszej reprezentacji i czekać na miejsce, ale w U-21 jadę po to, by grać.

A jeśli będziesz musiał usiąść?

To usiądę i będę zły, ale nie zamierzam tego pokazywać. Czasem trenerzy mówią, że super robotę wykonali wszyscy, także ci z ławki, ale ja tego do końca nie rozumiem. Co zrobili rezerwowi? Na ławce trzeba dopingować, trzymać kciuki za kolegów, ale to ty chcesz grać. Wiem, że nie każdy to przyzna, ale nie bądźmy hipokrytami. Trzeba mówić otwarcie, jak jest. Niech ludzie wiedzą, jaki mam charakter.

Może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że chcesz za wszelką cenę coś udowodnić tym, którzy twierdzili, że przepadniesz w Londynie.

Szczerze? Ja to w ogóle nie lubię dziennikarzy. Jak można z góry gadać takie głupoty?

Niektórzy tak mówili na bazie innych zawodników, którzy się nie przebili.

To niech oceniają tych zawodników, a nie mnie. Wypadałoby zachować klasę.

Klasę ludzie zachowują. Ostrzej pojechał po tobie tylko Wojtek Kowalczyk za rezygnację z kadry.

Gość jest niesamowity. Rozumiem, że to jego zawód, ale ten pan pisał coś o gównie w moim kontekście. Konkretnie poleciał. Nie szanuję takich ludzi. Nauczyłem się natomiast, żeby czasem ugryźć się w język. Więcej nie wybuchnę jak na tamtym turnieju.

Nie za bardzo się tym wszystkim grzejesz?

Czym?

Tym, że ktoś cię skrytykuje. Nie powinno to po tobie spływać?

Nie grzeję się. Nie będę jednak szanował ludzi, którzy próbują mnie wyzywać. Ostatnio ktoś podesłał mi wypowiedź jakiegoś starszego trenera, który pracował przy U-21. Powiedział, że Legia zrobiła świetny interes sprzedając Bielika w odpowiednim momencie, bo Bielik się skończył. Ktoś inny stwierdził, że nie zrobiłem progresu i się cofnąłem. Kompletne głupoty. Albo ktoś nie ogląda meczów, albo coś z nim nie tak, ale nie dam sobie wmówić bzdur, że Bielik się skończył. Bielik dopiero zaczyna.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała