NAZYWAJĄ MNIE KONFIDENTEM, A TE HISTORIE SĄ ZMYŚLONE

giki

Kto oberwał za „konfidenta”? Który zawodnik naskoczył na Lenczyka? Kto ustalał taktykę w Śląsku, a kto wynosił dziennikarzom informacje z szatni? Gdzie można się naciąć na lady-boya i dlaczego nie ma sensu współpraca z jednym agentem? Jak wygląda rynek w Chorwacji i jakim wyrokiem zakończył się proces o aferę z Mrazem? O tym wszystkim opowiada Łukasz Gikiewicz.

Hasło „piłkarz-turysta” brzmi dość negatywnie, ale z drugiej strony trzeba przyznać, że od paru lat wiedziesz naprawdę ciekawe życie.

Niech mnie nazywają, jak chcą. Gdyby ktoś mi powiedział, kiedy wyjeżdżałem z Polski, że zobaczę te wszystkie kraje i jeszcze strzelę w pucharach z Zenitem czy Astrą, brałbym to w ciemno. Wiem, jak jestem odbierany. Wiem, że ci, którzy nie mają pojęcia, kto gra w Tajlandii, pomyślą, że pojechałem tam jeździć na słoniach czy leżeć nad morzem. Zdziwiliby się jednak. Poziom w Arabii, Kazachstanie czy Tajlandii nie jest tak niski, jak niektórzy sądzą. Ale niech będzie, że jestem turystą. Mnie to odpowiada.

Wyjeżdżając z Wrocławia mogłeś w ogóle podejrzewać, że zahaczysz tyle krajów czy liczyłeś na szybki powrót?

Właśnie dziś się nad tym zastanawiałem jadąc z Olsztyna do Warszawy. Życie piłkarza to często zbieg okoliczności. Raz szczęście ci dopisze, raz zabraknie jakiegoś ułamka. Kiedy odchodziłem z Arabii – rozwiązałem kontrakt, bo nie płacili przez pięć miesięcy – pojawiło się zainteresowanie Dinama Bukareszt czy Astry Giurgiu, która potem grała z West Ham w eliminacjach Ligi Europy. Zawsze jednak czegoś brakowało. Nie będę ci opowiadał, że byłem blisko tego czy tego klubu. Nie o to chodzi. Jedna decyzja jest jednak następstwem kolejnej. Na mailu miałem już bilety do Izraela, ale też się wysypało. Przed Tajlandią zadzwoniłem do Murayamy i pytałem, jak ta liga wygląda. Wpiszesz dwa hasła w Google, wyskoczy ci stadion na 200 osób, pomyślisz: „gdzie ten Gikiewicz gra?”, a kiedy sprawdzisz mecze Buriram, Muangthong czy Bangkok United, to zobaczysz 20-30 tysięcy na trybunach. Jedyne, czego żałuję, to ta Astra. Tam chciało mnie dwóch różnych trenerów, ale dwa razy nie wypaliło.

Dlaczego?

Raz trener pamiętał mnie z Omonii i zabiegał o transfer, ale przyplątało się dwóch agentów, którzy chcieli skasować prowizję. Innym razem przegrałem na ostatniej prostej. Dostałem informację, że jestem wśród trzech kandydatów, ale zdecydowali się na kogoś innego. Astra to nie dziki klub. Tam nie idziesz po koneksjach, tylko faktycznie cię obserwują.

Tak sobie myślę, że lepsze takie jeżdżenie po Cyprze, Arabii, Tajlandii czy nawet Kazachstanie niż przeskakiwanie z Korony, przez Arkę i Łęczną aż do Podbeskidzia. Nudy u ciebie nie ma.

Gdybym został w Polsce, mógłbym się zatrzymać. W egzotycznych ligach też jest presja. Zapytaj Adriana Mierzejewskiego o Emiraty. Nie ma wyników – zaczyna się palić. Trener Donis, który prowadził APOEL, może za chwilę wylecieć. A jak wyleci trener, to polecą też „jego” zawodnicy. Rivas strzelił w Arabii 20 goli, teraz przestał i za moment może go nie być. W Polsce tak nie ma – odchodzi trener, to zostajesz. W „dzikich” krajach pracę traci szkoleniowiec i za moment może nie być połowy drużyny. Biznes.

murayama

Kiedy przy tych wszystkich wojażach czułeś, że wbrew pozorom utrzymujesz się w poważnej piłce, a kiedy zadawałeś sobie pytanie: „co ja tu właściwie robię?”.

W Kazachstanie musiałem grać w kominiarce, bo tak było zimno. Nie można było kupić normalnego kurczaka, bo wszystko zamrożone. Nogi też nie wytrzymywały. Zostałem zajechany. Najpierw obóz w Śląsku, potem kolejny w Omonii, tam spędziłem pół roku, a następnie trzy miesiące obozu z Tobołem Kostanaj. Niby mówili, że będą mnie kontrolować na sport-testerach, a tak mnie zarżnęli, że nie wiedziałem, gdzie jestem. Ale Kazachstan – choć wygląda na zacofany – to poważna piłka. Arszawiny, Tymoszczuki… Arabia też mi się podobała, tylko nie płacili. Ciągle bukra, bukra, bukra, czyli „jutro”. Tracisz cierpliwość. W Tajlandii zaskoczył mnie natomiast profesjonalizm. Słyszysz „Tajlandia”, myślisz wakacje, a Pacheta właśnie przedłużył o rok kontrakt z Ratchaburi, bo jest zadowolony z warunków. Ugo Ukah gra w Malezji i pewnie też przedłuży. Każdy kraj wspominam miło, bo z wszystkich wyciągnąłem coś, co pomoże mi w dalszym życiu, ale Polacy oceniają nie mając wiedzy. Gdy opowiadam, że zmarł król Tajlandii i przerwali ligę, to wszyscy się śmieją.

Bhumibol Adulyadej był tam wielką postacią.

Rządził 70 lat. Znały go wszystkie pokolenia. Mogłem się dziwić, że nie zagramy czterech ostatnich meczów i finałów pucharów, ale szanowałem te decyzje, bo widziałem, jak koledzy to przeżywali. Zawodnicy i masażyści byli w takiej rozpaczy jak teraz Brazylia po katastrofie samolotu. Dla nich to koniec świata. Ogłosili roczną żałobę. Nadal na Facebooku widzę, ile milionów pojawia się pod pałacem króla, a przecież minęło półtora miesiąca. Obce kultury mogą nas dziwić, ale trzeba je szanować. W Tajlandii ludzie są tak życzliwi, że mogą nie mieć dla siebie, ale tobie i tak pomogą. W Arabii za to nie zobaczysz kobiety we wszystkich restauracjach. Anja chce usiąść na kawę, ale niestety – akurat tu mogą tylko mężczyźni. Niektóre knajpy mają oddzielne wejście dla facetów, oddzielne dla rodzin. Kiedy moja narzeczona chodziła i tak cała zakryta na czarno, to tylko trąbili, bo widzieli odkrytą twarz. Takie kobiety były dla nich sensacją. Bała się też jeździć taksówkami, bo nigdy nie wiadomo, co Arab zrobi. Kompletnie inna kultura. Kiedy w Arabii przerywaliśmy treningi, siadałem na piłkę i czekałem, aż koledzy skończą się modlić do Allaha. Tylko u nas przyjeżdża obcokrajowiec i my nad nim skaczemy, bo jest czarnoskóry i będzie mu zimno. Nade mną nikt się nie rozczulał. Jesteś słaby, to wylatujesz.

A Tajlandia?

„Kac Vegas” całkowicie oddaje życie Bangkoku. Idziesz po ulicy, a tam lady-boye z wielkimi cyckami. Trzeba uważać. Widzę w stolicy prostytucji turystę Anglika, który dumnie trzyma kobietę za rękę, ale jeśli pomieszkasz tam przez miesiąc, to już rozpoznajesz. Facet się cieszy, a ja już wiem, jak się za moment zdziwi, bo Tajka ma między nogami dzyndzla. Na ulicach też wszystko sprzedają. Robaki, żaby. Wszystko ogólnie dzieje się na ulicy. Przed światłami sto motorów, a dopiero potem samochody. Trzeba uważać.

ratchaburi

Z piłkarzy grających w egzotyce mimo wszystko bije taki pozytywny entuzjazm. Równie pozytywnie o Japonii wypowiada się Krzysiek Kamiński z Jubilo Iwata. Autentycznie cieszycie się tymi przygodami.

Grając w takich miejscach po prostu mówimy z Krzyśkiem, jak jest i wyprowadzamy ludzi z błędu. Rok temu byłem bliski podpisania w Japonii. Nie udało się, ale chętnie bym tak pojechał. Nie wiem, czy zostanę w Tajlandii. Musimy czekać, bo po śmierci króla liga wraca dopiero w lutym. Szczerze marzę o Korei Południowej. Kolega Serb, który tam grał, mówi, że to liga bardziej poukładana niż Niemcy. Wszystko na tip-top. Twierdził, że widząc, jak przykładam się do treningów, spokojnie dałbym tam radę. Poczyniłem już pewne ruchy. Zobaczymy.

No właśnie – na czym stoisz?

Na razie czekam. W ostatnim klubie strzeliłem na wypożyczeniu cztery gole w ośmiu meczach, ale przerwali ligę. To był klub satelicki większego Muanthong United, skąd przerzucano zawodników. Tak jak Dinamo z Lokomotivą Zagrzeb – oddają im młodszych piłkarzy, ale potem wiadomo, że wygrają. Byłem w BEC Tero Sasana kimś ważnym, bo wygrałem rywalizację z kapitanem U-21, na jakich zwykle tam stawiają. Założenie było proste – Sretenović miał rzucić długą piłkę, a ja miałem ją utrzymać i zrobić faul. Tam zawsze gra trzech obcokrajowców plus jeden z Azji. Zazwyczaj przepychałem się z jakimś wielkim murzynem i tę szansę wykorzystałem. Na czym stoję? Nie mam agenta. Nie chcę podpisywać umowy z jednym menedżerem, bo po co? Moim zdaniem ten najczęstszy układ, czyli wiązanie się z jednym agentem np. na dwa lata wkrótce przestanie funkcjonować. Sam powiedz: jaki to ma sens? Nie mówię, że to dotyczy mnie, ale ile zdarza się sytuacji, że dostajesz telefon i rozmowa wygląda tak:

– Jest dla ciebie opcja z Tajlandii. Masz agenta?
– Tak.
– A, to dziękuję.

Agencjom reprezentującym np. kilkunastu piłkarzy może być wkrótce ciężko. Wolę dać pełnomocnictwo. Podpisujemy papier na 20 dni do negocjacji z tym i tym klubem. Nie wypali? Trudno, straciłeś szansę na prowizję. Ale nic nas potem nie łączy. Nie ma przy tym tak, że któryś agent mnie trzyma i nie wejdę do danego klubu, bo tam pokazali mu drzwi. Nie mówię tu tylko o egzotyce. Dobrze wiesz, że nawet w Polsce to tak funkcjonuje.

Wykluczasz powrót?

Odchodząc z Arabii miałem dwa poważne tematy z Polski. Anja nawet mówiła, że może fajnie byłoby wrócić.

Jakie kluby?

Nie chcę podawać nazw. O zagranicznych mogę mówić, ale polskich wolę uniknąć, bo nie wiem, czy ostatecznie tam nie trafię. Ostatnio zresztą jeden klub zadzwonił i powiedział, że skontaktują się w grudniu. Priorytetem jest zagranica, może Azja, ale nie zamykam się na żadną opcję.

Chorwacja z racji na znajomości i twoją dziewczynę?

Doskonale orientuję się w tym rynku. Hajdukiem rządzi niemiecka agencja. Jeżeli nie jesteś z nimi, to cię tam nie wsadzą. Dinamo Zagrzeb płaci miliony. Machado dostaje 950 tysięcy euro. Pracuje tam mój trener z AEL-u Limassol, z którym się zresztą jutro widzę i wiem, kogo będą ściągać. Znam swoje miejsce, ale myślę, że gdyby Iwajło Petew przejął coś w egzotyce, to mógłbym na niego liczyć. Co zostaje? Ewentualnie Rijeka. A reszta? Dalibor Stevanović gra w Slavenie Belupo, ale tam dostajesz tylko na opłaty i jedzenie. Lepiej wrócić do Polski niż na siłę siedzieć w Chorwacji.

petew

Łukasz Gikiewicz z Iwajło Petewem

A co z karierą twojej żony, koszykarki?

Skończyła studia i jest magistrem prawa. Najlepiej czuła się w Kazachstanie, bo mieliśmy tam grupę Serbów i spędzała czas z ich żonami.

Poznałeś ją w Łodzi?

Tak. Kiedy grałem w ŁKS-ie. Kilku zawodników się czaiło, ale to ja ją wyhaczyłem! Dobrze, że skupiła się na nauce, bo gra nie daje już takich pieniędzy. Np. kiedy na Cyprze klub sponsorowała Petrolina, czyli odpowiednik naszego Orlenu, wtedy można było grać. Teraz miałaby tylko na rachunki. Wolę, żeby była ze mną i dbała o moje sprawy żywieniowe. Nie chodzimy do restauracji tylko jemy to, co przyrządzi Anja. Doskonale wie, że muszę zjeść ciepłą, gotowaną kolację, bo nie jem pieczywa. Chcę wykorzystać te trzy-cztery lata, Anja zdaje sobie z tego sprawę i wszystko temu podporządkowuje. Ostatnio dzwonił agent z Polski i pyta:

– Jesteś w stanie podjąć rękawicę?
– A czemu nie?
– Bo byłeś w Tajlandii.
– A co ja niby robiłem w tej Tajlandii?!

Ludzie nie zdają sobie sprawy, że będąc w Tajlandii pojechałem nad morze trzy-cztery razy. I to w trakcie przerwy w rozgrywkach. Jeszcze bardziej zacząłem się interesować organizmem niż wtedy, kiedy grałem w Śląsku. Wypruwam się na treningach. Lubię to. Straconego dnia czy miesiąca nie nadrobisz. Gdy po śmierci króla Tajlandczycy przestali trenować, to Serbowie biegali pięć kółek, a ja harowałem dla siebie. Sreten Sretenović się dziwił, ale taki już jestem. Jutro zresztą lecę do Splitu i wracam do indywidualnego treningu. Mam 29 lat. Nie chcę odcinać kuponów. Nie chcę doprowadzić do sytuacji, że nagle III-ligowiec weźmie „doświadczonego mistrza Polski ze Śląskiem”, a potem na tego mistrza będą pluć, bo jest bez formy i nie pomógł w awansie. Nie chcę się rozdrabniać.

Ze Śląskiem się rozliczyłeś?

Tak. Rozmawiałem z prezesem Żelemem i wszystko zapłacili. Ale to były tylko premie mistrzowskie.

Pytam o pieniądze, bo nie płacili ci też w Arabii, a na Cyprze wylądowałeś w „Klubie Kokosa” i wbrew pozorom wcale nie musiałeś tak wiele odłożyć.

Nigdy nie użalałem się nad sobą. Nie biegałem do gazet, by opowiadać, jaką mam sytuację, bo nie potrzebuję rozgłosu. W Omonii zrzekłem się pieniędzy, by przejść do Kazachstanu. Potem zadzwonił trener, który widział mnie w Limassol i znów było: „zostaw pieniądze, masz szansę grać w Europie”. Arabom natomiast założyłem sprawę w FIFA, bo nie dostałem złotówki przez pięć miesięcy, a mieszkałem w Dżedda i musiałem jeździć 220 kilometrów w dwie strony na trening. Pewnych sytuacji nie przewidzisz. Po Arabii agent, który pomaga mojemu bratu, miał dla mnie 2. Bundesligę, ale też się wysypało. Nie odłożyłem oszczędności do końca życia. Zrobiłem jednak papiery trenerskie, nauczyłem się kolejnych języków, inwestuję z głową i myślę o przyszłości. Kolega prawnik z Chorwacji widzi, że jestem obrotny, dzwoni do mnie milion agentów i sam pytał, czy nie chciałbym się tym zająć. Kiedy pierwszy raz spotkałem się z Yannickiem Djalo, pomyślałem, że tak wytatuowany gość musi być walnięty. Dziś jest moim przyjacielem, zaprasza do Lizbony, opowiada, jak się grało w Sportingu z Cristiano i mówi, że moglibyśmy w przyszłości współpracować. Plusem tych wszystkich wyjazdów jest to, że poznałem tylu agentów, zawodników i trenerów, że w Polsce byłoby to niemożliwe.

Taki masz plan – menedżerka?

Na bieżąco zastanawiam się, co będzie, gdy przestanę grać w piłkę. Nie chcę dopuścić do sytuacji, że nie będę wiedział, co chcę robić. Już teraz mam pewne pomysły, ale nie uprzedzajmy faktów – czasem w sporcie wystarczy miesiąc i robisz skok. Cztery-pięć meczów i jesteś wyżej. Popatrz na mojego brata. Ktoś powiedziałby dwa lata temu, że trafi do Bundesligi? Dla mnie takim okresem mogła być Omonia. Zacząłem od gola z Astrą, potem z Anorthosisem i jakoś poszło. Czasem potrzebujesz szczęścia, zaufania i odpowiedniego momentu, żeby zapaliło tak jak Rafałowi. Dzwonił milion klubów, ale nie byłem wolny. Była opcja z Dynama Drezno. Mogło być ze mną podobnie jak z Rafałem. Ale to chwila. Albo w lewo, albo w prawo. Potem nie cofniesz. A nie wszystko jest zależne od ciebie, kiedy masz kontrakt.

ryz

Kiedy byłem na meczu Omonii z Jagiellonią, zauważyłem kilku kibiców z nazwiskiem „Gikiewicz”.

Cały czas piszą „Mono Omonoia”, czyli „tylko Omonia”. Nie muszę też tam płacić rachunków. Czułem się świetnie, ale potem zmieniły się władze. Dziś to w zasadzie inny klub.

Chwilę po twoim odejściu ta Omonia, w której radziłeś sobie nieźle, zdeklasowała Jagiellonię. Może nie tyle wynikiem, ale różnica pomiędzy poziomem piłkarzy była potężna.

Madera prawie zerwał krzyżowe od tych dryblingów (śmiech).

Masz kontakt z tamtą ekipą?

Z czterema zawodnikami. Moreira gra w Estoril, Scaramozzino w Lens, a Sofyane Cherfa w Algierii. Joao Paulo pytał, czy znajdę mu drużynę w Tajlandii, ale ma 37 lat, jest pół roku bez klubu i takiego emeryta nie wezmą. Tajlandia się zmienia. Muangthong chce ściągnąć Essiena. O czymś to świadczy.

Z Polski z kim utrzymujesz kontakt?

Trzy-cztery osoby regularnie dzwonią, ale brakuje czasu. Ktoś nawet spotkał mojego tatę, który jeździ taksówką i pytał, dlaczego Łukasz się nie odzywa. Teraz byłem pięć dni w Olsztynie, ale miałem masę spraw do załatwienia. Dowód osobisty czekał na odbiór przez rok. Dziś wpadam do brata na obiad w Warszawie i wracam do Splitu. Nie mam raczej kontaktu z zawodnikami.

A ze Śląska?

Ćwielong, Sobota, Sebek, Wołczek, Sztylka… Spotkałem też „Kazia” we Wrocławiu, bo ma blisko mieszkanie.

Celowo pytam, bo odchodziłeś przy dość gęstej atmosferze wokół twojej osoby.

Wszyscy łączyli mój wyjazd z aferą z Mrazem. To nie miało żadnego związku. Dostałem na maila kontrakt od Omonii z informacją, że oferta jest ważna przez 48 godzin i postanowiłem, że chcę spróbować. Poszedłem do Krzyśka Paluszka i prezesa Waśniewskiego, żeby rozwiązać umowę ze Śląskiem. Nie rozwiązałbym go nie mając oferty na stole. Potem pojechałem na obóz Omonii w Opalenicy. Atmosfera po aferze na początku była średnia, ale potem prasa wszystko wyolbrzymiła i konsekwentnie to ciągnęła.

Mieliście w Śląsku super skład, gdy zdobywaliście mistrzostwo, ale w krótkim czasie wszystko się posypało. 

Super skład? Gdybyśmy zestawili go wtedy z Legią, to pewnie byśmy się pośmiali. Nie mieliśmy wtedy tak wielu dużych nazwisk.

Ale to była fajna ekipa, która osiągała sukcesy. Mieliście też poważnego trenera, choć akurat nie wszystkim z was się podobał.

Nie powiem złego słowa na trenera Lenczyka. Byłem jednym z nielicznych, którym podał rękę, gdy odchodził. Bardzo go szanuję, bo bez niego nie byłbym mistrzem.

neymar

Do czego zmierzam – taśmy Lenczyka, Mraz, przepychanki Lenczyka z Diazem, nadwaga Mili, osoba Stanislava Levy’ego. Sporo tego jak na jedną drużynę, aż w końcu wszystko padło.

Śląsk nie wykorzystał trzech pięknych lat. Oglądając w tym sezonie jego mecze, aż oczy bolą od frekwencji. Nie tak to powinno wyglądać u niedawnego mistrza. Mówili też, że będą stawiali na wychowanków, a zbyt wielu takich nie widzę.

W końcu sam Lenczyk nazwał ich „dziadostwem”.

I nie kłamał. Dziennikarze zarzucali mu, że nie lubi młodych, ale sam byłbyś samobójcą i wstawiał kogoś gorszego?

Co pomyślałeś, gdy wypłynęły taśmy z rozmowy Lenczyka z działaczami?

Pamiętam, jak Tadziu Socha rzucił się do niego na bocznym boisku.

Ostatnia osoba, którą bym o to podejrzewał.

W życiu do nikogo się nie rzucał, aż naskoczył na Lenczyka i powiedział, że nie chce z nim współpracować.

Co na to Lenczyk?

Próbował się bronić. Starszyzna też z nim rozmawiała, ale wkrótce sytuacja wróciła do normy.

Czasem mam wrażenie, że on zrobił to celowo. Lenczyk jest jaki jest, ale to raczej zbyt inteligentny gość, by po raz pierwszy w życiu przyjąć połączenie zamiast odrzucić i położyć telefon na stół akurat w trakcie rozmowy z władzami, gdy ostro jechał po piłkarzach.

To jedna z najinteligentniejszych osób, jakie poznałem. Wszystko pamięta. Nigdy nie mówi niczego przez przypadek. Wszystko z premedytacją. Dwa kroki do przodu. Żeby obudzić w tobie coś, byś w kolejnym meczu odpłacił się formą. Z drugiej strony to starszy człowiek i gdybyś dał mu iPhone’a, to niekoniecznie wiedziałby, jak go obsłużyć. Wiem jednak, że nie miał po drodze z władzami miasta i może faktycznie postąpił tak celowo, żeby potem zrobić fikołka przy bocznej linii? Znasz przecież Lenczyka – to nieprzewidywalny gość. Podaje ci rękę i zaraz zabiera. Sam miałem z nim jednak mega kontakt. Gdy złamałem nogę z Wisłą, dzwonił do mnie non stop. Na treningach też bywało dziwnie. Na Cyprze mieliśmy perfekcyjne boiska, a rzucaliśmy do siebie z Kaźmierczakiem krzesłami, aż dostałem w głowę. A potem chodziliśmy na judo. Ale to nam pomagało. Nie łapały nas skurcze. Biegaliśmy i wygrywaliśmy w ostatniej minucie, gdy Sebek wrzucał „Kazowi” na głowę. Gdybyś dziś powiedział kibicom Śląska, że może wrócić „pan od WF-u”, to każdy przyjąłby go z otwartymi rękami. Jasne, że dostaliśmy bęcki z Helsingborgiem i Hannoverem, ale nie byliśmy gotowi na Europę. Polska liga jest prostsza – jeśli się ustawisz i wypracujesz schematy, to – jak pokazał Piast – nikt cię nie zdominuje. U Lenczyka taktyka była oczywista. Kontratak, autobus, a na koniec mistrzostwo.

Andrzej Iwan twierdzi, że Lenczyk nie ma pojęcia o taktyce. Obraził się zresztą o to na niego.

Bo od taktyki był Wleciałowski. Lenczyk mówił, ile powtórzeń na „dwójkę” i ile razy rzucić 30-kilowym dżudoką. Czasem ustawiał nas tak, że gdy wychodził, to pałeczkę przejmował Sebek Mila. „Spokojnie, panowie, gramy swoje”. Lenczyk trafił na inteligentną drużynę. On mówił, a Sebek przekształcał to na „nasze”. Gdy graliśmy z Wisłą, kamera pokazała, że Lenczyk siedział z Barylskim i Wleciałowskim, a w szatni wszystko tłumaczyli Sebek z Wołczkiem. Trener przyszedł na ostatnie dwie minuty.

Akceptował to?

Akceptował, bo wiedział, że to mądry zespół. Narzekał tylko, gdy okazało się, że w autokarze znalazły się piwa. Ale może bez tych piw nie byłoby takiej atmosfery i wyników? W Omonii miałem podobną ekipę, tylko tam pili wino. Sami się nakręcaliśmy we Wrocławiu. Każdy coś dawał zespołowi. Nawet Diaz, który wracał o piątej do domu, a o dziesiątej trening. To był nasz wrocławski klimat, który zbudował te trzy piękne lata. Afera z Mrazem została wyolbrzymiona.

Sam przyznasz, że zrujnowało ci to wizerunek.

70 procent powie, że konfident, bo doniósł, a dziesięć dni temu wygrałem w sądzie z „Przeglądem Sportowym”. Ciągnęło się trzy lata, ale Sąd Apelacyjny w Warszawie przyznał mi rację.

O co konkretnie ich pozwałeś?

O cały artykuł. O to, że ich zdaniem byłem donosicielem, a to nieprawda.

Jak to nieprawda?

Normalnie. Na nikogo nie donosiłem.

Dlaczego więc mówisz o tym teraz?

Bo sprawa została zakończona.

To kto doniósł?

Wracając z treningu spotkałem Pawła Barylskiego i zapytałem, czy nie widzi, co się dzieje. Koniec rozmowy. Nic więcej nie mówiłem.

Czyli jednak doniosłeś.

Nie! Barylski był trenerem, ale traktowaliśmy go jak kolegę. Rozmawialiśmy z nim tak jak ja teraz z tobą. Gdy dzwoniłem do niego po złamanej nodze, że potrzebuję treningu, to przyjeżdżał o dziesiątej rano. Doprowadził mnie i Kaźmierczaka do stuprocentowej sprawności. On wiedział o wszystkim. Takich spraw jak Mraz była cała masa. Barylski był jednak wobec nas lojalny i gdy coś się działo, to mówił trenerowi, że ktoś nie wychodzi na trening, tylko popracuje na siłowni.

Barylski przekazał Levy’emu informację o Mrazie?

A że nie było wyników, to Levy się wkurwił i mnie zawołał. Barylski wiedział jednak znacznie więcej niż to, co wtedy powiedziałem.

To dlaczego twoje nazwisko wypłynęło w prasie?

Dlatego sprawa z „Przeglądem” została rozstrzygnięta na moją korzyść.

Ale dlaczego dziennikarz wskazał ciebie, a nie np. Kaźmierczaka czy kogokolwiek innego?

Trenowaliśmy wtedy na bocznym boisku i przechodziliśmy wzdłuż małej trybuny przy Oporowskiej. Dziennikarze stali na schodach. Guz zauważył, że szedłem z Barylskim, a reszta była sto metrów dalej. Uwierz jednak – to była zwykła rozmowa. Gdybym wymienił pięć innych sytuacji, o których wiedział Barylski, to ludzie by się mocno zdziwili. Był naszym ziomkiem, a potem czytam w prasie, że „Gikiewicz poturbował trenera”. Kompletna bzdura. Wręcz przeciwnie – to on doprowadzał mnie do sprawności po złamaniu nogi i wiele mu zawdzięczam.

Nie odpowiedziałeś, czego dokładnie dotyczył proces.

Słowa „konfident”. Sprawdź sobie definicję w słowniku. To obraźliwe określenie. „Przegląd” się odwoływał, ale przegrał.

Dostałeś odszkodowanie?

Nie chciałem milionów, tylko zwrot kosztów.

I wiarygodność.

Oczywiście. Wyrok jest prawomocny. Dalej się nie odwołają.

Nie miałeś pretensji do Barylskiego, skoro generalnie mu ufałeś, że tę informację jednak przekazał dalej?

Rozmawiałem z nim o tym, ale nie mam żalu. Żelem, Barylski, Lenczyk, Czajka. Do dziś mam z nimi kontakt. Łukasz Becella był wtedy w sztabie, dziś współpracuje ze skautingiem Pogoni i nawet dzwonił pytać o Delewa. Od ŁKS-u przez Śląsk, Omonię, Kazachstan i Tajlandię żaden trener nie miał ze mną problemu.

Inni piłkarze też niespecjalnie cię bronili. Nawet Sebastian Mila, który jest dyplomatą.

A co miał mówić? Tylko trener Probierz w ankiecie „Przeglądu” stanął po mojej stronie. Nie mam jednak nic do Mraza. Gdyby trafił do Tajlandii, to może napilibyśmy się piwa, tylko nie teraz, bo akurat mam kamienie w nerkach.

Cała ta sprawa jest o tyle zabawna, że zawsze uchodziłeś za piłkarza, który ma dobre kontakty z dziennikarzami, a tutaj sugerujesz, że stałeś się właśnie ofiarą mediów. 

Bo te historie zostały wymyślone. Mnie nazywają konfidentem, a do kogo wtedy dzwonił Guz? „Hello, how are you? Tell me something!”. Cała szatnia wiedziała, że informacje wynosił Voskamp. Szukał kolegów, złapał kontakt z dziennikarzem, myślał, że mówi mu wszystko w zaufaniu, a oni to wszystko pisali. Ale nie – donosicielem musi być Gikiewicz!

silownia

Na koniec przygody ze Śląskiem pracowałeś ze Stanislavem Levym, czyli też dość kuriozalną postacią.

Akurat za niego trenowaliśmy najlepiej. Mega warsztat. Ćwielong powiedział, że dzięki jego treningom przygotował się do Bochum. Nic się nie powtarzało. U Lenczyka wiedzieliśmy, że będzie dostawny, sztanga i miecze, a u Levy’ego różnorodność.

Nigdy wcześniej ani później jakikolwiek trener nie był tak ośmieszany w internetowych komentarzach.

Cóż… Jak cię widzą, tak cię piszą. Co miałeś sądzić, kiedy widziałeś go w skórzanej kurtce z czasów PRL-u czy spodniach, które tak zachodziły na czubek buta, że całkiem go zakrywały? Taki styl. Przecież nie zwrócisz mu uwagi.

Ktoś taki nie ma prawa mieć autorytetu.

Uwierz, że on miał!

Słyszałem, że czytaliście sobie w szatni te wszystkie legendarne już komentarze.

Mając w szatni dwóch Gikiewiczów, wiesz o wszystkim! (śmiech) Tak, jak ostatnio mówił Ćwielong – nie wiedziałeś, gdzie kupić opony, pytaj „Gikiego”! Wiedzieliśmy, co internet pisze o Levy’m, to nakręcało atmosferę, czasem pachniało od niego dość specyficznie, ale przecież się z niego nie nabijaliśmy. Mam z nim zresztą kontakt. Jego syn jest agentem i czasem próbował nam pomóc. A na odprawach niektórzy po prostu spali. Najczęściej Marian Kelemen, ale jemu zdarzało się przysypiać jeszcze u Lenczyka, gdy trening miał być o czwartej, a wychodziliśmy o 17:20. Te odprawy to też ciekawa sprawa – np. w Bułgarii trener skupiał się na naszym zespole. Gdy graliśmy z Zenitem, nie wymienił nikogo z ich ekipy, tylko wskazywał nasze mocne strony. „Grajcie tak, to się nie zhańbicie”. W Polsce więcej mówi się o przeciwnikach, a tam z drugiej strony Danny, Garay, Hulk i Kerżakow. Rzucisz okiem na nazwiska, to niejeden się obsra, a my wzięliśmy tabletki, żeby szybciej biegać, puściliśmy muzykę i co? Mieliśmy płakać, że gramy na Hulka? Wziąłem koszulkę od niego, od Tymoszczuka i jutro je wiozę do Splitu, żeby nikt nie ukradł.

Kto zrobił największe wrażenie z Zenita?

Danny samą grą, ale Hulk zrobił miazgę z naszego lewego obrońcy Edmara, mega napakowanego, którego nikt nigdy nie przepchnął.

Spotkałeś kiedyś innego piłkarza, który wyglądał jak Hulk? To jakiś fenomen biologiczny.

Kiedy zakładam jego koszulkę, to mam piżamę do kolan jak kobieta. A z Tottenhamu największe wrażenie zrobił Lamela. Kręcił nas jak baranów. I Dembele – zwłaszcza tym, jak utrzymywał się na nogach. Wygrywaliśmy 1:0, weszli Dembele, Chadli i Lamela, Soldado strzelił na 1:1, Kane na 2:1 i po meczu. Na pamiątkę zostały koszulki od Paulinho i Daviesa.

Zenit i Tottenham to największe mecze, w jakich grałeś?

Patrząc na wartość rywali – na pewno. Ale jednym z ważniejszych był mecz o mistrzostwo z Wisłą i cała atmosfera, która udzielała się kibicom i nam. Wiedzieliśmy, że musimy wygrać, by zdobyć mistrzostwo. Piękne czasy.

Szczerze – nie brakuje ci tych chwil?

Nie chcę się wpraszać. Ostatnio kolega z czasów Śląska dzwoni i pyta:

– Masz numer do Matyska?
– Po co?
– Będę dzwonił.
– Człowieku, jak cię nie chcą, to nie dzwoń!

Nigdzie nie będę się wpraszał. Przeszedłem każdy szczebel – od szóstej ligi aż do Ekstraklasy. Chciałem przy tym skończyć szkołę, zdać maturę i zrobić prawo jazdy, żeby potem skupić się na piłce. Nigdy nie twierdziłem, że jestem piłkarzem, ale to, co osiągnęliśmy z bratem, zawdzięczamy wyłącznie rodzicom i temu, że zapierdalamy. Pytałeś o pieniądze – nie mógłbym siedzieć w miejscu i tylko kasować. Nie pozwoliłbym sobie grzać ławy za taką pensję, jaką dostawałem. Ktoś może mnie nazywać turystą, ale jeśli dostanę ofertę z kraju, gdzie jeszcze mnie nie było, to pojadę. To moja praca, rodzinę trzeba utrzymać i nie obchodzi mnie, że ktoś się będzie z tego śmiał.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała