NAJPIERW „TY JUDASZU”, POTEM GRATULACJE. TO CIESZY NAJBARDZIEJ

bartosz-bereszynski

Co z transferem do Aston Villi? Z czym był problem u Czerczesowa? Co było kluczem do blamażu z Borussią i który piłkarz Realu najbardziej się frustrował? O co chodziło z Enklawą i jakie wiadomości na Facebooku cieszą najbardziej? Dlaczego nie warto dać się sprowokować na mediach społecznościowych i… co z wyjściem na miasto w Poznaniu? O tym wszystkim i o wielu innych sprawach opowiada Bartosz Bereszyński.

Ostatni wywiad w Polsce?

Coś się dzieje. Nie ma sensu ukrywać, że mogę być zadowolony, bo ostatnie pół roku było w moim wykonaniu dobre. Na razie jednak nie zaprzątam sobie głowy transferem. Nie da się całkowicie od tego odciąć – gdybym powiedział, że o tym nie myślę, skłamałbym – ale czekam na koniec rundy. Wtedy podejmę decyzję.

Większa jest szansa, że odejdziesz niż, że zostaniesz.

Konkretów jeszcze nie ma, ale po ilości informacji, jakie docierają i liczbie klubów, które się interesują – szansa na odejście jest duża.

Duża, czyli?

60 do 40, że odejdę. Jednak powtarzam, że to cały czas spekulowanie.

A ile jest tych klubów?

Może i zainteresowanie spore, ale do transferu długa droga. To, że ktoś przyjeżdża mnie oglądać i wydaje pozytywną opinię, nie musi znaczyć, że się mną interesuje. Mogę być trzeci-czwarty na liście bocznych obrońców, ale z drugiej strony wypadnie pierwszy czy drugi i zaraz mogę sam być pierwszym. Fabryka Futbolu nie informuje mnie o każdym zainteresowaniu. Wiem jednak, że w przypadku kilku klubów rozmowy są na dalszym etapie niż zwykłe obejrzenie i pozytywna ocena.

Aston Villa?

Poczekajmy na konkrety. Anglia moim zdaniem byłaby dla mnie odpowiednim kierunkiem. Nadawałbym się do Premier League lub Championship.

Chodzą plotki, że zamierzasz związać się z angielską agencją.

Polscy zawodnicy są w cenie, więc nasi agenci coraz mocniej liczą się na rynku i to normalne, że współpracują z zagranicznymi agentami. Mam jednak kontrakt z Fabryką i liczę, że obie strony pozostaną zadowolone.

Ostatnie pół roku to dla ciebie rollercoaster. Latem mówiło się, że możesz odejść na wypożyczenie do Cracovii, aż zaliczyłeś taki skok jak wtedy, kiedy przeniosłeś się z Lecha do Legii.

Skłamałbym mówiąc, że jestem zaskoczony. Zawsze wiedziałem, na co mnie stać. Brakowało mi jednak stabilizacji. Gdybyśmy prześledzili mój czteroletni pobyt w Legii – miałem tę stabilizację dwukrotnie. Przez pierwsze pół roku i właśnie teraz. Zdarzały się drobne urazy czy kartki, ale od początku sezonu praktycznie nie oddałem składu. To kluczowe. Nie czujesz presji, że popełnisz mały błąd i wylecisz z jedenastki. A tak bywało za Berga i przez pierwsze pół roku u Czerczesowa.

U niego ogólnie miałeś najtrudniej.

Przez pierwsze dwa miesiące grałem sporo, ale potem na pół roku przed Euro przyszedł „Jędza”. W grudniu przedłużyłem kontrakt, a następnie Artur grał wszystko.

Byłeś rozczarowany jego transferem?

Ten okres był mega trudny. Kiedy czujesz się zdrowy, ciężko trenujesz i wiesz, że nie będziesz grał, pojawiają się różne myśli. Nie zawsze byłem pozytywnie nastawiony. Czasem wracałem do domu i było ciężko. Nie chciałem się jednak poddawać, bo wiedziałem, ile jest grania przede mną i że jeśli ta praca nie zaprocentuje w Legii, to da efekt gdzie indziej. Po odejściu Czerczesowa dostałem impuls i czułem, że muszę wreszcie wykorzystać szansę.

Jesteś jednym z nielicznych, którzy nie wspomina Czerczesowa zbyt miło, a to zabawne, bo zawsze byłeś koniem do biegania, jakich Rosjanin szczególnie cenił.

Rozmawiałem z trenerem przed przedłużeniem kontraktu. Nie podpisałbym go, gdyby nie wydał na mój temat pozytywnej opinii.

Ale nie należałeś do jego faworytów.

Później nie. Bardzo go szanuję, cieszyłem się, gdy drużyna wygrywała, ale nie czułem pełnego szczęścia, bo nie brałem w tym większego udziału. Może nie będę wspominał tego okresu w samych superlatywach, ale te osiem miesięcy sprawiło, że jestem twardszym człowiekiem i lepszym piłkarzem.

Faktycznie zastanawiałeś się nad wypożyczeniem?

Wiedziałem, że „Jędza” jedzie na Euro i raczej nie zostanie. Gdyby miał zostać, to na sto procent nie byłoby mnie już w Legii.

Za wysoki poziom?

Nie boję się nikogo. Znam swoją wartość i chcę grać. Inaczej nie byłoby sensu grać w piłkę. Mam jednak zdrowy rozsądek i zastanawiałem się nad wypożyczeniem. Rozmawiałem z Fabryką, żeby ewentualnie były alternatywy, ale powtarzałem, że chcę zostać, bo czuję się najlepszym obrońcą i chcę grać w najlepszym klubie w Polsce.

Wypożyczenie byłoby porażką.

Odejście z Legii do jakiegokolwiek polskiego klubu to krok w tył. Potem można jednak zrobić krok do przodu.

Można też popaść w marazm.

Jeśli ktoś odchodzi, by grać, trzeba to uszanować. Nigdy jednak nie będzie to awans sportowy. Wiedziałem, że jeśli odejdę z Legii na wypożyczenie, może być bardzo ciężko o powrót. W moim wieku rzadko ktoś tu wraca z wypożyczenia.

W końcu przyszedł Hasi i… byłeś na weselu Rzeźniczaka?

Nie.

Trudno bardziej sobie strzelić w stopę niż nie pozwalając piłkarzom pójść na wesele kapitana.

Dziwna sytuacja. Jeden trener coś ustala, przychodzi drugi i staje przed faktem dokonanym. Poniekąd rozumiem każdą ze stron, ale trzeba być człowiekiem. Dziwne byłoby, gdyby ktoś powiedział Kubie kilka dni przed weselem, że nie ma zgody. Tym bardziej, że to początek przygotowań. Nie wnikałem jednak w tę sprawę, bo kompletnie mnie to nie dotyczyło.

A na jakim etapie poczułeś, że Hasi jest u was spalony?

Nie było tak, że trener nie miał pomysłu. Miał, ale ciężko mu było go przekazać. Wypowiadanie się na temat taktyki nie należy do moich kompetencji, ale myślę, że trzeba ją dobierać pod zawodników.

Hasi nie stracił was taktyką, tylko podejściem.

Staraliśmy się podchodzić profesjonalnie. Nie wierzę, że w tak profesjonalnym klubie ktoś grałby przeciwko trenerowi. Nie ukrywajmy jednak, że chemii nie było. Coś nie zatrybiło. Niby na treningu wszystko wyglądało okej, ale nas zwyczajnie to nie cieszyło. Powinniśmy się cieszyć, że gramy w super klubie, wspaniałym mieście i mamy szansę na Ligę Mistrzów, a jakoś nie potrafiliśmy.

Hasi po pierwszym meczu z Borussią powiedział, żeby być realistami, bo taki jest wasz poziom i chyba nikt nie oczekiwał, że wyjdziecie z grupy. Ten mecz był oczywiście żenujący, ale czy trener – niezależnie od okoliczności – powinien tak się wypowiadać?

Chyba już znał swoją pozycję. Może próbował się bronić? Przed meczem w żaden sposób nie odczuliśmy, by dał nam do zrozumienia: „wyjdźcie, zagrajcie 4-4-2, przecież i tak dostaniecie wpierdziel”. Mieliśmy pomysł, ale totalnie źle podeszliśmy do tego meczu.

Co masz na myśli?

Źle taktycznie. Nienawidzę wchodzić w kompetencje trenerów, ale Borussia była tak ustawiona, że zawsze mieliśmy wolnego człowieka do krycia. Graliśmy przeciwko trzem-czterem. Nie wiedzieliśmy co zrobić, żeby się przeciwstawić ich ofensywie. Jeżeli ktoś ma w środku przewagę dwóch-trzech przy tak świetnych piłkarzach, to oczywiste, że za moment zaczną się bawić. Dla mnie osobiście był to najcięższy mecz w życiu. Nigdy tego nie zapomnę.

Da się po czymś takim zasnąć?

Nigdy nie mogę zasnąć po meczu. Adrenalina trzyma niezależnie od wyniku. Po Borussii nie miałem jednak ochoty na nic. Czasem – zwłaszcza po Lidze Mistrzów – wracam i oglądam powtórki meczów, ale tu nie przejrzałem nawet internetu, bo wiedziałem, jak to wygląda. Nie mogłem znaleźć dla siebie miejsca. Nie mogłem na niczym się skupić. Nawet na żadnej grze. Krzątałem się tylko po domu. Nigdy czegoś takiego nie czułem. Zawsze to ja wygrywałem wysoko, choćby w juniorach, ale taką liczbą goli jeszcze nie przegrałem. Gole to zresztą pół biedy. My nie zrobiliśmy nic. Nic! Nie wiem, czy dało się z tego meczu wyciągnąć cokolwiek pozytywnego. Ewentualnie, że grając przeciwko takiemu Dembele czasem lepiej nie iść na raz, zostawić więcej miejsca i nie reagować na każdy zwód. Kiedy jednak gramy dwa na jeden przeciwko takim piłkarzom, nie mamy żadnych szans. To my powinniśmy podwajać-potrajać, a nie oni.

Zadawałeś sobie pytania, gdzie wy w ogóle jesteście i czy możecie nazywać się poważnymi piłkarzami, czy wyszedłeś z założenia, że to wypadek przy pracy i może generalnie nie jest tak źle, jak ten mecz wskazywał?

Już w trakcie meczu czułem, że coś jest nie tak, bo widziałem, ile mają miejsca. W tamtej dyspozycji trudno było cokolwiek ugrać, ale byliśmy w stanie chociaż się przeciwstawić. Wiedziałem jednak, że nie każdy mecz będzie tak wyglądał. Czuliśmy, że może ta odpowiednia dyspozycja w końcu przyjdzie. Dziś widzimy, że taki zimny prysznic się przydał.

Później przyszedł Real, przegraliście 1:5, ale paradoksalnie ten mecz chyba was zbudował na dalszą fazę rozgrywek.

Byliśmy zwycięzcami tego meczu sami przed sobą. Wyszliśmy na Bernabeu i to my dominowaliśmy. Słupek Vadisa, strzał „Jodły” obroniony przez Navasa… To było budujące, że zagraliśmy bez spętanych nóg i stresu. Chcieliśmy grać w piłkę. Ronaldo i Benzema pressowali, a my staraliśmy się wychodzić podaniami i sprawiało nam to przyjemność. Przekonaliśmy się, że możemy wyjechać z Madrytu z podniesioną głową. Przeglądałem potem media hiszpańskie i czytałem, że Legia zaprezentowała się na Bernabeu lepiej niż City na Camp Nou. Przegraliśmy 1:5, ale spokojnie mogło być 3:5 – 4:5. Z Borussią straciliśmy osiem goli – co nigdy mi się nie zdarzyło – ale nie przypominam sobie drużyny, która strzeliłaby jej cztery.

Dortmund to chyba najlepiej zorganizowana drużyna w tej grupie.

Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że ciężej nam się grało z Borussią niż z Realem. Real nastawia się momentami na kontrę i zostawia trochę miejsca, a Borussia chce dominować od pierwszej do ostatniej minuty. Zwróć uwagę, jak wyszli na nas w rewanżu. Niby bez napastnika, ale mieli tylu ofensywnych środkowych pomocników lub skrzydłowych schodzących do środka w stylu Reusa czy Dembele… Wiedzieliśmy, że musimy grać kompaktem, ale nasze błędy indywidualne sprawiły, że strzelili nam ósemkę. Momentami graliśmy jednak naprawdę fajnie. Staraliśmy się wychodzić spod pressingu. Nikt nie spodziewał się, że wygramy z Borussią, ale każdy chciał wyciągnąć z tego meczu maksa. Awans awansem, ale to bezcenne doświadczenie. Przekonujesz się, że możesz grać z takimi piłkarzami. Skoro graliśmy w piłkę przeciwko Borussii i Realowi, to dlaczego mamy bać się Ajaksu?

Widziałeś w którymś z tych meczów szok na twarzy rywala? Nie mówię akurat o Borussii. Mam raczej na myśli Sporting, może momentami Real.

Szok? Widziałem frustrację Ronaldo i to na Bernabeu. Czułem się na tyle pewnie, że po wygraniu z nim akcji jeden na jeden, nawróciłem i chciałem rozegrać jeszcze raz. Nie wytrzymał i kopnął mnie z premedytacją. Ucieszyłem się, że zarobił na mnie żółtą kartkę, ale jeszcze bardziej – że udało mi się wyprowadzić takiego piłkarza z równowagi. Dla mnie to był mega istotny pojedynek. Odpowiadałem za Cristiano przez cały mecz. Kryłem go też przy stałych fragmentach. Cieszę się, że nic nie zrobił w tym meczu, ale to oczywiście zasługa całej drużyny.

Nie nastawiałeś się, żeby go sprowokować?

Nie jestem tego typu zawodnikiem.

Ale to wyjątkowe okoliczności.

Najlepszy sposób na wyprowadzenie z równowagi to po prostu grać lepiej od niego. Obaj czujecie, komu zaczyna wychodzić. Frustrację widać u niego wyjątkowo, gdy stoi na środku z założonymi rękami lub po prostu nimi macha. Wszyscy ogłosili w hiszpańskiej i polskiej prasie, że Ronaldo dobije z nami do stu bramek i w ogóle zrobi króla strzelców, a nie strzelił nawet gola. Wielkie wrażenie zrobił na mnie za to Bale.

To chyba dziś najlepszy piłkarz Realu.

Chyba tak. Ronaldo też jest wielkim zawodnikiem, ale wtedy raczej nie wdawał się w pojedynki biegowe czy akcje jeden na jeden. A Bale? Brał piłkę i na pierwszych pięciu-sześciu metrach odchodził tak niesamowicie, że nie wierzyliśmy. Zawsze podobał mi się też Marcelo. Po nim widać, że autentycznie cieszy się z tego, co robi. Ten luz, styl bycia. Można tylko od niego czerpać. Wychodzi na boisko i robi ruletę przy trzech naszych zawodnikach. Każdy chciałby grać z takim entuzjazmem.

Powiedziałeś na Weszło, że u Ronaldo zaimponowało ci przewidywanie ruchów boiskowych. W jakim konkretnie momencie meczu to zauważyłeś i czy pozwoliło ci to wyciągnąć wnioski pod kątem rewanżu?

Mamy dział analityków, którzy bardzo szczegółowo rozpracowują na naszych rywali i dostajemy pliki wideo z piłkarzami, którzy mogą występować na naszej pozycji. Przy Ronaldo przestrzegali, że trzeba cały czas być skoncentrowanym, bo może zniknąć na 15-20 minut, potem raz się zerwie i gol. To oczywistość, ale dopóki nie doświadczysz tego na własnej skórze, trudno to docenić. Tak było przy tej sytuacji, o której mówisz. Trwa akcja, stoję, patrzę na odległości między mną a stoperem, sprawdzam, czy wszystko w porządku, a Cristiano nagle rusza. Myślę: „co on robi? Po co się zrywa?”. A tu nagle nasza strata. Dostał trochę za mocne podanie i nie doszedł, ale wtedy tym bardziej się utwierdziłem, jaki to klasowy piłkarz. Zatrzymasz się na dwie sekundy, to go nie dogonisz. Mieliśmy mocne założenie, taki fundament, że kiedy jeden boczny obrońca się włącza, to drugi powinien zostać, ale po tej jednej akcji Ronaldo zorientowałem się, że muszę mieć oczy dookoła głowy i zacząć to wszystko przewidywać.

Przed drugim meczem z Realem biła od was duża pewność, która potem przeniosła się na ostatni mecz z Sportingiem.

Nawet sztab analityków mówił, że możemy ukłuć Real. U każdego było widać tą pewność i wszystkim się udzielała. Pokazaliśmy, że przegrywając u siebie z Realem 0:2, możemy wyjść na 3:2. To klasa. Rzadko której drużynie udaje się powstać przy takich okolicznościach i takim rywalu.

Legia ze Sportingiem była najlepiej zorganizowaną drużyną, w jakiej grałeś biorąc też pod uwagę klasę rywala?

Myślę, że tak. Znaliśmy trenera Jesusa, wiedzieliśmy, że lubi dominować i ma do tego odpowiednich piłkarzy. Wybijaliśmy im to jednak konsekwentnie z głowy. Po prostu nie wiedzieli, co mają robić.

I wtedy zauważyłeś szok na twarzy rywala?

To było mega widoczne. Czuliśmy, że wynik jest do zrobienia. Już po pierwszej połowie widzieliśmy, że to idzie w dobrym kierunku. Rzadko zdarza się, żeby wśród jedenastu zawodników i zmienników nie było choć jednego słabego punktu. Nikt tu nie grał słabo.

Jak teraz nie wpaść w pułapkę nadmiernej pewności siebie, żeby potem przekuć to we właściwy sposób na mecze z Wisłą Płock czy Niecieczą?

Graliśmy z podniesionymi głowami w Dortmundzie, ale też ze Śląskiem, gdy było 3:0 po siedmiu minutach. Potem jednak rozluźniliśmy się na tyle, że Śląsk zaczął dochodzić do sytuacji. Wiemy, jak jest w polskiej piłce. Ktoś strzeli w 15. minucie na 1:3, potem ma 30 minut, by doskoczyć na jedną bramkę do przerwy i w drugiej połowie jest nerwówka. Mieliśmy do siebie pretensje, że daliśmy Śląskowi za dużo miejsca. Tak samo było z Wisłą Płock. Prowadziliśmy 2:0, graliśmy dobrze, nagle „Furmi” miał tyle miejsca obok siebie, że podprowadził dziesięć metrów, uderzył i dał sygnał Płockowi, że mogą wygrać. Takie sytuacje są nam niepotrzebne. Wychodzimy, łapiemy pewność, że wygramy i gubimy koncentrację – to też doświadczenie. Skupienie było jednak widać z Piastem. Strzelamy na 2:0, Piast ma dwie sytuacje, żeby wyrównać, potem my trzecią, czwartą i po meczu. Ekstraklasa jest na tyle specyficzna, że każdy może wygrać z każdym. Lider jedzie do dziesiątego miejsca i rzadko dominuje. Rzadko zdarza się, by zespoły wygrywały tak jak my ostatnio – 4:0 czy 5:1, a to właśnie takie mecze jak z Piastem czy Łęczną decydują tu o mistrzostwie. Oni nie mają nic do stracenia. Dla nich gra przy Łazienkowskiej to mecz sezonu. Oni mogą, a my musimy.

Co najbardziej imponuje ci w Magierze? Dopóki pracował z młodymi, ciągle słyszeliśmy, że to porządny, sprawiedliwy człowiek, ale niewiele było wiadomo o jego warsztacie.

Pracowałem już z nim, gdy był asystentem trenera Urbana. Co było kluczem? Oprócz warsztatu trenerskiego – przywrócił nam radość. Mieliśmy wielu nowych zawodników, którzy nie byli do końca świadomi, co oznacza gra w Legii i że tu trzeba wygrywać wszystko. Trener podkreślał, w jakim klubie grają, przedstawiał im historię klubu i ciągle tłumaczył, że występy przy Łazienkowkiej to coś wyjątkowego. W końcu to poczuli i atmosfera zaczęła być dużo lepsza. Widać w nas dziś pasję. Zwróć uwagę, że nikt tu nie macha rękami. Nikt nie ma pretensji. Wszyscy skupiamy się na zwycięstwach i zwyczajnie cieszymy się grą.

Wyszedłeś kiedyś na obiad z kimś z grupy belgijsko-francuskiej?

Spędzamy w klubie tyle czasu, codziennie po sześć-siedem godzin, że nie zawsze jest czas. Czasem jednak zdarza się, że ktoś rzuci: „chodźcie na lunch” i idziemy.

Prezes Leśnodorski napisał na Twitterze, żę musi cię częściej zabierać do Enklawy. O co chodziło?

Po awansie do Ligi Mistrzów prezes zaprosił nas do klubu. Mieliśmy tam wszystko zorganizowane, ale ze zdrowym rozsądkiem, bo wkrótce czekał nas mecz na Ruchu. Wyszliśmy we własnym gronie i nie było żadnych skandali. Wypić piwo po meczu to nic strasznego. Każdy z nas cieszył się z sukcesu, trzy dni później wyszliśmy na Ruch i wygraliśmy. Może prezes tak napisał, bo uznał, że grałem najlepiej? Oczywiście pół żartem.

Leśnodorski twierdzi też, że nie odstajesz od Jędrzejczyka ani piłkarsko, ani jeśli chodzi o inne parametry. Pochwalisz się wynikami?

Chodzi o to, żeby mądrze biegać. Czasem muszę dłużej zostać z tyłu jak ze Sportingiem. Wtedy masz mniej długodystansowych sprintów w ofensywie.

Chodzi mi o szybkość, wydolność i tak dalej. Tu łapiesz się do czołówki?

W czołówce są „Kuchy”, Adam Hlousek, ale też nie ukrywam, że ja. W sprawach związanych z dynamiką czuję się dobrze. Widzę jednak rezerwy.

Jest ktoś, kogo pod tym względem obawiasz się w Ekstraklasie?

Szybkość to nie wszystko. Liczy się też ustawienie i siła. Kamil Mazek jest super szybki, ale gdy dobrze podejdziesz fizycznie, to sobie z nim poradzisz. Hlousek nie jest tak szybki, ale ma siłę i doświadczenie. Kiedy jestem dobrze ustawiony, ciężko, żeby ktokolwiek z Ekstraklasy wygrał ze mną pojedynek biegowy.

A piłkarsko? Z czego to wynika, że przez kilka lat notowałeś bardzo słabe liczby w ofensywie, potem strzeliłeś pięknego, technicznego gola z Lechem i teraz wreszcie regularnie asystujesz? Odblokowałeś się w głowie czy po prostu się rozwinąłeś?

Nie zawsze dostrzega się tych, którzy ciężko pracują. Nie muszę mieć wielu asyst, by było widać, że haruję dla drużyny. Czasem odbiorę i podam do kogoś, kto odda jeszcze komuś i nawet nie jest to asysta drugiego stopnia, więc trudno ją gdzieś zapisać. Wygram pojedynek w defensywie, fajnie rozegram, pójdzie akcja bramkowa i co? Zdarzały się też sytuacje, gdy koledzy nie wykańczali moich podań albo mnie brakowało zimnej krwi w polu karnym. Liczby są istotne, zdaję sobie sprawę, że nie miałem ich dobrych, ale mocno nad tym pracowałem. Zwracam dużą uwagę na wykończenie wrzutek, podania i chłodną głowę.

Kiedy trafiłeś na poważniejszy poziom w polskiej piłce, często porównywano cię do Piszczka. Za ofensywny styl, przesunięcie pozycji i wydolność. Czujesz teraz, że możesz być dla niego alternatywą?

Jestem przekonany, że w przyszłości będę grał w reprezentacji, ale jestem też realistą i wiem, że Łukasz to najlepszy prawy obrońca w historii naszej piłki. Od siedmiu-ośmiu lat gra z najlepszymi na świecie. Regularnie dochodzi do dalekich faz pucharów. Fizycznie jesteśmy podobni, ale mnie brakuje tego doświadczenia. Mam jednak 24 lata i najlepszy czas przede mną. Wierzę, że to ja będę grał na prawej obronie reprezentacji, ale niekoniecznie za pół roku czy dwa-trzy miesiące. Znam miejsce w szeregu. Muszę być gotowy na taką sytuację jak ostatnio, gdy Dawidowicz i Rybus wypadli z powodu kontuzji. Dostałem szansę i zrobiłem wszystko, by ją wykorzystać.

Pewnie widzisz, że do tego sezonu wielu kibiców postrzegało cię jako wytwór dziennikarzy. Piłkarza przeszacowanego po obiecującym początku w Legii. Drażniły cię taki opinie? Pytam, bo kto jak kto, ale niewielu ma taki sajgon w mediach społecznościowych jak ty i widziałem, że czasem nawet odpisujesz hejterom.

Zwykle ignoruję, bo ludzie momentami piszą takie głupoty, że nie warto wdawać się w konwersacje. Jeśli widzę, że gość na siedem słów używa pięciu przekleństw i zdanie nie ma składni, to po co odpisywać? Co taka rozmowa wniesie? Rozumiem, że Twitter to kopalnia informacji, czasem ktoś komuś docina, ale jeśli ktoś ma do mnie konstruktywną uwagę, to chętnie odpowiem. Trzeba mieć zdroworozsądkowe podejście. W większości wpuszczać te opinie i wypuszczać.

Dalej zbierasz tak wiele tego hejtu?

Najbardziej się cieszę, gdy ktoś na Facebooku składa mi gratulacje za dobry mecz, scrolluję sobie rozmowę, jadę wyżej i widzę tam: „ty Judaszu” i tak dalej. Ktoś dzięki mojej grze dochodzi do refleksji, że może się pomylił. Doceniam, że stać go na to, by potem pogratulować. Inni są jednak tak zawistni, że brakuje słów. Nie chcę rzucać tu procentami, ale jestem świadomy, jak wielu Polaków trzymało kciuki za Sporting.

Kiedy „Juras” wrzucił screen jakiegoś trolla, odpisałeś: „uwierz, że mam lepsze”.

Bo czasem dostaję takie groźby od niepełnoletnich osób, że byś się zdziwił.

Nie przeszło przez myśl, żeby to opublikować?

Widziałem, że ludzie coraz częściej tak reagują – upubliczniają tych hejterów. Byłoby z tym jednak za dużo pracy. Zrobiłaby się z tego maszynka napędzająca kolejnych, a ja przede wszystkim jestem piłkarzem. Wolę ten czas poświęcić na inne rzeczy. Wiele było przypadków, kiedy nawet siadałem do rozmowy, tłumaczyłem komuś, dlaczego zrobiłem tak i tak, a na koniec przyznawał mi rację. Mimo wszystko to jednak znikomy procent.

Zawsze byłeś odporny na krytykę?

W Legii pracują ludzie odpowiedzialni za public relations i mówią, że jeśli ktoś ma z tym problem, to może podejść i dostać kilka rad. Ja uważam, że po prostu to mam. Po prostu radzę sobie z presją. Życie prywatne to inna sprawa, ale w mediach społecznościowych nie ulegam emocjom. Nie ma sensu pokazywać, że coś mnie denerwuje. Zdarzają się komentarze, które bolą, mam ochotę spojrzeć komuś takiemu w oczy i odpowiedzieć, ale po co? Ktoś potem zrobi screena i wrzuci, że Bereszyński dał się sprowokować. Na Facebooku ustawiłem blokadę poszczególnych słów typu „Judasz”. Mnie takie komentarze się wyświetlają, ale innym nie. Po co wprowadzać negatywne emocje? Kibic z Poznania mnie obrazi, kibic z Warszawy stanie w mojej obronie i zrobi się dyskusja na dwadzieścia komentarzy. Nie ma sensu tak zaśmiecać. Co innego, jeśli ktoś skrytykuje mnie konstruktywnie – z tym nie mam żadnego problemu.

Jaki teraz masz status w Poznaniu? Uspokoiło się choć trochę?

Większość ludzi boli to, co zrobiłem i nigdy tego nie zrozumieją. Część jednak docenia to, jak gram. Dostaję sporo wiadomości z Poznania z gratulacjami.

Ale możesz wyjść na rynek?

Staram się żyć normalnie, ale w Poznaniu nie potrzebuję wychodzić na imprezę. Kiedy jednak idę do kina, to widzę, że niektórzy na mnie dziwnie patrzą. Face to face są jednak małomówni. Rzadko ktoś powie ci coś w twarz. Miałem natomiast parę sytuacji, kiedy facet idzie z trzyletnim dzieckiem i rzuca taką wiązankę, że mnie samemu wstyd to słyszeć, a co dopiero dziecku. Czasem udawałem, że nie słyszę albo nie rozumiem. Żyję normalnie, ale nie kuszę losu. Kiedy przyjeżdżam do Poznania, to zwykle na parę dni i spędzam czas z najbliższymi. Na miasto mogę wyjść w Warszawie.

A z jakim miastem wiążesz przyszłość?

Warszawa praktycznie stała się dla mnie domem. Rodzina i moja, i Mai mieszka jednak w Poznaniu, ale stolica daje większe możliwości. Kupiłem tu mieszkanie na tyle duże, że spokojnie będę mógł mieszkać z rodziną. Wiążę przyszłość z Warszawą.

Jakie ogólnie masz plany? Nie wyglądasz na gościa, który po karierze napisze książkę, jak stracił wszystkie pieniądze.

Chcę tak inwestować, by niczego w karierze mi nie zabrakło, ale wszystko może się różnie potoczyć. Potrafię się dostosować do różnych sytuacji. Jestem – jak powiedziałeś – na tyle ogarniętym człowiekiem, że zawsze sobie poradzę. Staram się już myśleć o przyszłości, żeby nie zostać na lodzie. W jakimś stopniu chciałbym zostać przy piłce, ale nie widzę siebie w roli trenera. Podoba mi się praca w telewizji. Coś związanego z komentowaniem. Mam o tym pojęcie i fajnie byłoby gdzieś wyrażać opinie, ale czasu jest jeszcze sporo. Moim marzeniem zawsze było mieć restaurację, ale to mega ciężki kawałek chleba. Trzeba tego pilnować od rana do wieczora, a na to teraz nie mam czasu. Rozsądnie lokuję pieniądze.

Przyznaj szczerze na koniec – uważasz siebie za jednego z największych pechowców polskiej piłki?

Powiem tak – dobrze, że trafiło na mnie.

Inny by nie wytrzymał?

Różnie by reagowali. Niektórzy pewnie gorzej. Nie jest to miłe doświadczenie, gdy twoje nazwisko pojawia się w mediach na Kostaryce czy w Meksyku. Skoro wpuścili Bereszyńskiego na Celtic i mówi o tym cały świat, to musi być wina Bereszyńskiego. Nie każdy wiedział, że nie miałem z tym nic wspólnego.

Ale nie dało się temu zapobiec? Powiedziałeś w „Wyborczej”, że Kuciak miał podobną sytuację w Vaslui i kazał ci sprawdzić, czy na pewno możesz zagrać, a później stwierdziłeś w „Super Expressie”, że nie było takiej sytuacji.

Była taka sytuacja. Dusan podszedł i powiedział: „Bereś, ale na pewno wiesz, czy możesz grać? Lepiej to sprawdź”. Poszedłem do osób odpowiedzialnych za takie sprawy i usłyszałem, że mogę się skupić na grze. Skoro dostałem takie zapewnienie, to trudno, żebym sam się czegoś doszukiwał. Ten rozdział jest już jednak zamknięty i nie ma sensu do niego wracać.

To był twój najgorszy moment w Legii?

Najgorsze były kontuzje. Wracam z reprezentacji, troszkę boli mnie noga, robię badania USG, wszystko wychodzi w porządku, lekarz mówi, żeby zrobić jeszcze rezonans i okazuje się, że jest złamana. But ortopedyczny i trzy miesiące przerwy, a rozegrałem z tym urazem cały mecz. Albo złamany nos lub uraz mięśni przywodziciela i brzucha, bo się rozjechałem, nie wytrzymały i się ponadrywały. Będąc w Legii upadałem już kilka razy. Niewielu we mnie wierzyło, ale za każdym razem wstawałem. Ale teraz już nie upadnę. Stoję tak solidnie na obu nogach, że nic nie jest w stanie mnie przewrócić.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała