CZYTAŁEM O WOJNACH. WIEDZIAŁEM, DLA KOGO GRAM

marcin komorowski

Jak często lata piłkarz z ligi rosyjskiej? Dlaczego w mieszkaniu w Kisłowocku znajdowały się kraty? Jak z okien hotelu wygląda atak terrorystyczny i kto zarządzał polowaniem na terrorystów przeglądając przy okazji… Instagrama? Dlaczego Ramzana Kadyrowa nie można odwiedzić w krótkich spodniach i jakie zwierzaki biegają obok jego pałacu? Kto kupował piłkarzom zegarki i pozłacane iPhone’y i jak powstrzymać polityków na treningach? Czy zdarzały się ustawione mecze i kto mieszkał w safari-room? Który menedżer kupił piłkarzowi samochód? A oprócz tego Czerczesow, Skorża, Kadyrow, Eto’o, Lenczyk, Magiera, Hulk i operacje u lekarza współpracującego z Realem Madryt. Zapraszam na wywiad z Marcinem Komorowskim.

komorowski 3

Dlaczego mieszkasz w hotelu?

Jestem w trakcie rehabilitacji, a tutaj mam wszystko. Siłownia, basen, odnowa… Kiedy grałem w Legii, zawsze wynajmowałem, a po wyjeździe do Tereka wracałem na trzy-cztery tygodnie. A to wakacje, a to człowiek chciał spędzić czas z najbliższymi. Brakowało czasu, żeby pojeździć, poszukać i rozejrzeć się za mieszkaniem. Trzeba na to poświęcić minimum dwa-trzy tygodnie, a nie kupować na hura.

Najważniejsza sprawa – co z twoim zdrowiem?

Liczyłem, że wrócę na przełomie lutego i marca, ale wszystko się przedłuża. Doktor van Dijk, który mnie operował, podchodzi do tego ostrożnie. Powoli wchodzę w ćwiczenia, które w jakimś stopniu obciążają Achillesa.

W „Stanie Futbolu” powiedziałeś, że część z operacji, które przeszedłeś, było niepotrzebnych. Łącznie było ich cztery, tak?

Czekaj… Niech pomyślę.

Straciłeś rachubę?

Tak, były cztery. Na bazie moich doświadczeń stwierdziłem, że nie wszystkie były potrzebne. Kiedy po pierwszej wznowiłem treningi w Tereku, od razu czułem że coś jest nie tak. Doktor Serafin-Król twierdziła, że przeszkadzają zrosty. Wróciłem do Polski, kolejna operacja, wracam do rehabilitacji i czuję dyskomfort przy jednym ćwiczeniu. Ciągle mi doskwierało, np. przy zeskoku z trampolin zeskoku ból odzywał się w tym samym miejscu. Przed Mistrzostwami Europy Jacek Jaroszewski zrobił kolejną operację. Wtedy był już taki dramat, że przestałem normalnie chodzić. Wydaje mi się, że naderwanie ciągle się pogłębiało. Nie wiem, jak będzie teraz. Tłumaczę sobie, że boli, bo po prostu znów uruchamiam nogę. Będę mądrzejszy za miesiąc-półtora.

Van Dijk, który cię operował, to najbardziej ceniony specjalista w Europie, jeśli chodzi o staw skokowy i Achillesy. Przed sezonem zajmował się np. Keylorem Navasem.

Z tego co wiem, ma wyłączność na Real. Jeśli ktoś ma tam problem ze stawem skokowym, to leci od razu do van Dijka. Leczył się u niego Cristiano Ronaldo. Jacek Jaroszewski twierdził że to specjalista, do którego wszyscy jeżdżą zdobywać praktykę i doskonalić umiejętności. Mam do niego zaufanie.

A ty co od niego usłyszałeś?

Lekarze w Polsce stwierdzili, że nie ma naderwania. Jacek konsultował się z radiologami i też tak powiedzieli. Pojechałem do doktora Dzianacha w Poznaniu. On z kolei stwierdził, że ścięgno jest całkowicie zerwane. Pytam:

– Jak mogę mieć zerwanego Achillesa, skoro mogę się wspiąć na palcach?
– Nie wiem, jak pan to robi.
– Ale przy zerwanym Achillesie?! To niemożliwe!

Dzianach nagrał jednak badanie i pokazał, że nie ma ciągłości. No to pięknie… Wtedy pojechałem do Królowej i wtedy sama zauważyła zerwanie. Jaroszewski stwierdził, że sam zaczyna głupieć. – Pojedźmy do Amsterdamu, skonsultujmy rezonans u van Dijka i niech on się wypowie – zaproponował i tak zrobiliśmy. Od Holendra usłyszałem, że jeśli to faktycznie są zrosty, po dwóch miesiącach wchodzę w trening. Według niego jednak – pamiętam to zdanie do dziś – widać tam czarne pole i wydaje mu się, że to większy problem. W takim wypadku może być ciężko z powrotem. Nie wiem, dlaczego polscy lekarze tego nie zauważyli. Sam się zastanawiam. Może tak im się utrwaliła moja kontuzja, że nie potrafili stwierdzić niczego nowego? Po mistrzostwach van Dijk powiedział, że może mnie zoperować pod koniec października. Tak późno?!

Takie kolejki?

Akurat jechał na wakacje, ale go przekonaliśmy i ostatecznie poleciałem na operację do Madrytu. A teraz się rehabilituję i w czwartek znowu tam lecę… Taka historia.

Pamiętasz dokładnie moment, kiedy uszkodziłeś to ścięgno?

Przez około rok miałem problem z Achillesem. Tomek Smokowski, z którym się rehabilituję, ma to samo. Wstajesz rano, a Achilles jest sztywny i pobolewa aż go rozchodzisz i rozgrzejesz. Najpierw czułem dolegliwości w lewym, potem przeszło na prawy i się zaczęło… Po meczu z Grecją w Gdańsku powiedziałem Jackowi, że chodzę jak paralityk, tak mnie boli. Podał mi zastrzyk, żeby zobaczyć, czy zejdzie stan zapalny. Przez miesiąc było dobrze, przepracowałem obóz przygotowawczy. Po pierwszym meczu ligowym wyszedłem na trening wyrównawczy i coś mnie zakłuło. Od tego się zaczęło. Pojechałem do doktora Domżalskiego w Łodzi, ale stwierdził, że lepiej, bym od razu wybrał się do Jacka Jaroszewskiego. Wyczułem, że nie był do końca pewny.

W tym sezonie już nie wrócisz.

To nierealne. Chciałbym w przeciągu trzech miesięcy dojść do takiej dyspozycji, bym mógł zacząć normalnie trenować. Tyle przeszedłem z tym Achillesem, że nawet na 50 procent nie wiem, co się zdarzy. Zostało mi jedno marzenie do spełnienia.

Jakie?

Nie powiem.

Powrót do kadry?

Nie o to chodzi, aczkolwiek chciałbym do niej wrócić.

Wszystkie te problemy dotknęły cię w najgorszym momencie. Byłeś jeszcze zawodnikiem Tereka, ale spekulowano na temat powrotu do Legii albo przejścia do Lechii.

Po pierwszej operacji był temat powrotu do Legii, ale niestety stało się, jak się stało i druga operacja była koniecznością. Po niej również toczyliśmy rozmowy z Legią. Dalej jednak nie byłem zdrowy. Pojawiła się konieczność zoperowania nogi po raz trzeci, co i tak nie przyniosło pozytywnego rezultatu, w następstwie czego wylądowałem u Van Dijka, więc temat jakichkolwiek rozmów jest zawieszony do tej pory.

A gdyby nie te perypetie, była możliwość, żebyś został w Rosji?

Nie. Chciałem wracać.

Miałeś już dość?

Kiedyś obliczyłem, ile w ciągu roku mieliśmy lotów. Wyszło nam około pięćdziesięciu.

Kiedyś Messi powiedział, że nie wie, w jakiej strefie czasowej żyje od tego ciągłego latania.

Tylko my cały czas lataliśmy w lidze. A jak do domu, to najpierw z Wód Mineralnych do Moskwy, a potem przesiadka do Polski. Od razu dwa loty. Najdalej na Ural do Jekaterynburga – cztery i pół godziny. A nie, przepraszam… Do Tomska było sześć. Do Moskwy lataliśmy rejsowymi Boeingami, a na krótsze trasy mniejszymi czarterami.

Po meczu ze Szwajcarią rozmawiałem dłużej z Maćkiem Rybusem na temat Rosji. Nie widziałem wcześniej kogokolwiek tak przybitego, że musi wracać ze zgrupowania kadry do klubu.

Jak to mawiają – Rosja to stan umysłu. Te budowle, architektura… Inny świat. Aż ciężko to opisać. I co najgorsze – nie wiesz, co będzie jutro. Mieszkaliśmy w Kisłowocku. To takie Zakopane 20 lat temu, a na mecze dojeżdżaliśmy do Czeczenii. I wyobraź sobie – dostajemy plan: od poniedziałku do piątku treningi, w piątek wyjazd do Groznego, sobota mecz i od razu po meczu powrót. Dzwonię do żony, że może przylecieć, bo będę miał dla niej czas. Przylatuje, a tu zmiana planu. Grozny w środę, tam przygotowania, a wracamy nie w sobotę, tylko w niedzielę. Trzy dni jestem, pięć mnie nie ma i kolejny tydzień tak samo. To po co żona ma tam lecieć? Początkowo nie znała rosyjskiego, a tam z nikim się nie dogadasz po angielsku. Kiedy po raz pierwszy wyszliśmy w Kisłowocku do restauracji w jednym z lepszych hoteli, otworzyłem menu, a tam wszystko w cyrylicy. I jak masz zamawiać, skoro nawet kelner cię nie rozumie? To samo z taksówką. Po prostu bałem się tam zostawić Paulinę.

komorowski ulica 2

komorowski ulica

Widziałem materiał z rosyjskiej telewizji – mieszkaliście w dość urokliwej okolicy.

Ten dom był akurat fajny. Wcześniej mieszkał tam Piotrek Polczak, potem Maciek Makuszewski, a następnie ja. Najpierw wynajmowałem 130-metrowe mieszkanie połączone z dwóch mieszkań w dość niefajnej dzielnicy. W oknach kraty, bo wcześniej było włamanie. Chciałem być fair wobec żony, więc jej opowiedziałem, ale to normalne, że się bała. W domu było inaczej. Obok mieszkali właściciele, którzy wybudowali go dla syna, ale ten się rozwiódł i wrócił do rodziców. Tam żona czuła się komfortowo, a Kalinka mogła wyjść na podwórko do ogrodu. Gdyby coś się działo, to właścicielka Swieta, od razu by nam pomogła.

I nie było strzelanin pod oknem.

Strzelanina była ale w Groznym. To chyba był atak terrorystyczny. Graliśmy akurat z Torpedo Moskwa i chłopaki od nich też mieli wrócić dzień po meczu. Grał tam Kokoszka i ten ze Śląska. Jak mu było?

Stevanović.

Tak jest. Skończyliśmy mecz i siedzimy w hotelu. Mieliśmy akurat pokoje – jedynki. Zadzwonił „Ryba” i pyta:

– To co, piwko?
– Okej.
– Mam Playa, wpadnij, pogramy.

Wpadłem, a u „Ryby” siedział już Czeczen, Adam. – Tylko nie wychodź z hotelu, bo jest atak terrorystyczny – zadzwoniła do niego mama. Otwieramy okno, a tam pociski. To było samo centrum Groznego. Zjechaliśmy na dół do maserów i okazało się, że maserzy wszystko widzieli. Terroryści uprowadzili trzy taksówki, podjechali pod budkę DPS, czyli policji drogowej, ostrzelali ją, zabili policjanta i pojechali dalej. Zaraz hotel otoczony został specjalnym oddziałem, strzelali przez całą noc. Powiedziałem Adamowi, żeby nie wracał do domu, wziął kołdrę i u nas się przespał. Co się okazało? Terroryści zabarykadowali się na poczcie. Adam potem pokazywał nam zdjęcia, jak ich dopadli. Jeden bez ręki, drugi z wywalonymi flakami… Podobno ich rodziny zostały wydalone z Groznego. Strzelali się w każdym razie do szóstej, aż ostatni zabarykadował się w szkole. Adam pokazał mi też nagranie, jak rozmawiał z nim Kadyrow. W jednej ręce telefon i rozmowa z terrorystą, a w drugiej śmiga po Instagramie.

– Jak jesteś taki kozak, to wyjdź.
– Nie wyjdę, bo mnie zabijecie!

Też go dopadli.

Grozny podobno się zmodernizował…

A widziałeś centrum? Czekaj… (Marcin wyciąga telefon) To ten hotel, gdzie mieszkaliśmy, tu biurowiec, tam mieszkają chłopaki, a to ten budynek, w którym wybuchł pożar. Słyszałeś historię, nie? Już go wyremontowali.

grozny

Piłkarze Tereka teraz mieszkają w Groznym?

Tak.

I mógłbyś tam mieszkać?

Przebujałbym się pewnie w hotelu do końca kontraktu, ale to nierealne, żebym normalnie mieszkał w Groznym. Aczkolwiek „Ryba” mówił, że jest lepiej. Nie ma już tych wszystkich kombinacji, ciągłych wyjazdów do Groznego i jak latasz na mecze, to dzień wcześniej. No i lepsze boiska do treningu.

Miałeś okazję swobodnie chodzić po Groznym? Byłeś tam rozpoznawalny?

Kiedy szliśmy do galerii, dzieciaki zawsze latały: „ooo, Komorowski! Rybus!”. Ale to inny świat. U nas wszyscy z nosami w telefonach, a tam jak 20 lat temu. Bardziej żyją graniem w piłkę pod trzepakiem niż PlayStation. Po około dwóch i pół miesiąca w Tereku będąc w Groznym, wyszedłem do sklepu z Czeczenem, który mówił po angielsku. Przechodziliśmy koło meczetu, ja w krótkich spodenkach, nagle podjeżdża koleś na rowerze, zaczyna machać łapami i coś gadać po czeczeńsku.

– O co mu chodzi? – pytam kolegę.
– Ma pretensje, że chodzisz w krótkich spodenkach.
– Nie miałem pojęcia, że robię coś niestosownego.

Kolega mu tłumaczy, że jestem z zagranicy, a ten, żebym następnym razem chodził koło meczetu w długich. Innym razem pojechaliśmy na kolację do Kadyrowa. Od razu było: „kto w krótkich, niech szybko wraca do hotelu zmienić na długie”.

Czytałem kilka wywiadów z tobą, kiedy jeszcze grałeś w Tereku. Może się mylę, ale chyba celowo gryzłeś się w język. Teraz możesz o tym mówić, więc zapytam wprost – wiedziałeś, dla kogo grasz?

Oczywiście, że wiedziałem. Byłbym głupi, gdybym się nie interesował. Czytałem o Groznym. O pierwszej wojnie, drugiej, powodach… Z drugiej strony – ile jest klubów, choćby we Włoszech, które są wspierane finansowo przez ludzi o niejasnej przeszłości? Nikt się nie interesuje, kto jest właścicielem i płaci piłkarzom. Nie rozmawialiśmy z kolegami na ten temat. Każdy zdawał sobie sprawę, po co tam pojechał. Ja pojechałem wykonać pracę, dziękuję i do widzenia. Nie pytałem, kto, dlaczego, skąd i po co.

Miałeś okazję do regularnych spotkań z Ramzanem Kadyrowem.

Trzy-cztery spotkania w jego pałacu, a do tego bywał w klubie. Ciekawiła mnie jego prawa ręka. Nazywano go Lordem. Pytałem kolegów, dlaczego jeździ z ochroną. Mówili, że ludzie chcą się mścić, bo wiesz…

… ma swoje za uszami.

Dobrze powiedziane.

Jak ten Lord się nazywał? Daudajew albo Delimchanow?

Delimchanow to chyba najbogatszy Czeczen. Lord to był Daudow. Pokażę ci jego Instagrama… To ten. Widzisz? Większość zdjęć z Kadyrowem. Teraz Lord jest szefem parlamentu w Czeczenii.

daudow kadyrow

Ramzan Kadyrow i Lord Daudow

daudow 3

 grozny 2

Mówisz, że jechałeś tam grać w piłkę, ale jeśli ktoś poczyta o początkach Kadyrowa i ogólnie pozna jego losy, a potem ma jechać do jego pałacu, to musi mieć całą tę historię z tyłu głowy.

Oczywiście, ale Kadyrow zupełnie inaczej podchodził do piłkarzy. W życiu nie powiedziałbyś, że jest posądzany o to, o co go posądzają. Mega uśmiechnięty i sympatyczny gość.

Dla którego Terek zawsze był oczkiem w głowie.

Jego ojciec Achmat stworzył klub. Na jego cześć stadion nazywa się Achmat Arena. Sam zresztą zginął na stadionie. Ramzan przychodził na treningi. Strasznie żył piłką. Słyszałem, że gdy przegrywaliśmy na wyjazdach, to był tak wkurzony, że ochroniarze dostawali po głowach.

akhmat

To prawda, że brał udział w treningach?

W sobotę mamy mecz z Dynamem Moskwa, a w piątek trening. Nic ciężkiego, zwykła taktyka. Pierwsza jedenastka kontra ci, którzy nie grają. Akurat przyjeżdżał Stasiek Czerczesow, więc – wiadomo – wydarzenie. Nagle na trening wpada Kadyrow i wita się ze wszystkimi. Zaczynamy robić taktykę, a ten zakłada buty, dołącza do słabszej drużyny i mówi do mnie: „mam strzelić gola, bo nie będzie premii!”. Ale to wszystko dla jaj! Trwało to z 15 minut. Nie podawali mu, bo od razu tracił i się wkurzał, ale też pozytywnie, bez jakichś wybuchów. To nie koniec. Trwa ta gierka na skróconym polu, patrzę, a na boisko wbiega… Lord. Oni w jednej, my w drugiej. Trening przed meczem! Co tu jest grane?! (śmiech) To wszystko było jednak na tyle pozytywne, że nam nie przeszkadzało.

W jego pałacach usłyszeliście, żeby niczego nie nagrywać telefonami.

Kiedy pierwszy raz przyjechaliśmy z „Rybą” do Groznego, przyszła informacja, że dzień przed meczem odbędzie się uroczysta kolacja i wręczanie koszulek u prezydenta. Trochę nieprofesjonalne, ale przecież nie odmówisz, skoro chciał nas ugościć. Czerczesow potrafił z tego wybrnąć. Zawsze miał z nim dobry kontakt i powiedział, że musimy kończyć, bo trzeba odpocząć przed meczem. Wchodzimy w każdym razie do pałacu, a tam wszystko pozłacane, w środku palmy i obrazy – Achmat, Ramzan, Putin… Obok biega kotek. Taki mały tygrys. Chłopaki od razu zrobili sobie zdjęcia. Nagle wchodzi Lord i mówi: „chodźcie, coś wam pokażę”. Wychodzimy z pałacu, w odległości około dwustu metrów pięć klatek – tu tygrys biały, tu normalny, tam lew… Prosili, żeby nie nagrywać, ale każdy i tak wyjął telefon, bo pierwszy raz widzieliśmy coś takiego.

Dostałeś jakąś nagrodę od Kadyrowa?

Bezpośrednio nie. Dostałem od Lorda, na czym przy okazji zyskał też fiński zawodnik Ojala, który się trzymał z nami (śmiech). Wybieraliśmy się do sklepu, w hotelowym lobby spotkaliśmy Lorda, oczywiście nie obyło się bez rozmowy. W pewnym momencie dołączył do nas Ojala. Po chwili Lord zaprasza nas do sklepu z ekskluzywnymi rzeczami typu zegarki, telefony oraz biżuteria, który znajdował się na dole w hotelu. Czeczenka, która sprzedawała, akurat – tak mówili – podobała się Lordowi. Chodzimy po sklepie, oglądamy te rzeczy i nagle Lord pyta:

– Maciek, który zegarek ci się podoba?
– Ten – „Rybka” akurat chodził obok Grahama.
– Dobra, to ten zegarek dla ciebie. A wy wybierzcie sobie np. te pozłacane telefony.
– To ja chcę ten – wskazałem na konkretnego  iPhone’a.
– Dobra.

Wziąłem tego iPhone’a, ale nie w moim guście jest obnosić się pozłacanym telefonem. Po co? Wróciłem do pokoju, po pewnym czasie opowiedziałem chłopakom o całej sytuacji, a że akurat wśród nich był Rumun, który chciał kupić sobie ten telefon, to bach, od razu mu sprzedałem (śmiech).

Terek ostatnio kupił rezerwowym koce Louis Vuitton, by mogli się ogrzać na ławce.

My też je mieliśmy, ale… to podróbki. Są w ogóle oryginalne koce Louis Vuitton?

Neymar czasem wrzuca na Instagrama.

Eee, mimo wszystko nie wierzę.

Wracając do tematu – najwięcej nagród odbierał podobno Jonathan Legear. Ten, który po pijaku wjechał w stację benzynową.

Jonny był ulubieńcem. Fenomen. Mega go chcieli i dopięli swego. Ściągnęli go za około pięć milionów euro. Dostał najwyższy kontrakt, apartament, jaki chciał i samochód, a na początku nikt ich nie miał. W trzy lata rozegrał z 15 pełnych meczów. A to kontuzja, a to – widząc, jakie mieliśmy warunki – leczył się w Belgii… W końcu zaczęli mu ciąć ten kontrakt. Nie było dyskusji.

Generalnie jednak nie opłacało się negocjować premii.

Summa summarum pewnie wyszedłbym na to, co bym wynegocjował, ale trochę żałuję. Początkowo premie były mega wysokie. Za Zenit – poczwórna. Zwycięstwo ze Spartakiem – potrójna. Z Dynamem – podwójna. Potem zaczęli je obcinać. Najpierw o połowę, potem coraz bardziej… Przez ostatni rok premie były naprawdę słabiutkie. Pod koniec dostawali tylko ci, którzy grali. Kto wtedy zapisałby sobie z góry, że tyle dostanie za wygraną, a tyle za ławkę, miałby to w nosie.

Gdybyś strzelił ważnego gola, to może dostałbyś samochód jak Rybus czy wcześniej Cleber.

Chłopaki opowiadali, że na początku Ramzan dawał samochód za każdą zdobytą bramkę. Strzeliłeś – dostałeś. Potem nie był już tak hojny. „Ryba” miał akurat urodziny, gdy graliśmy z Dynamem. Każdy mecz z moskiewskim klubem to wydarzenie. Strzelił dwie bramki, Stasiek zasugerował, że może przydałby się podarek i Kadyrow podarował mu maszynę.

A ty czym jeździłeś po Kisłowocku?

Najpierw taksówką. Po podpisaniu drugiego kontraktu miałem dostać samochód od klubu. W kontrakcie nie znalazł się jednak taki zapis, a w Rosji jak nie zapiszesz, to nie wyegzekwujesz. Mariusz Piekarski zachował się bardzo elegancko. Powiedział, że jeśli mi nie dadzą, to sam kupi. Słowa dotrzymał.

Byłeś na tym meczu z Rubinem, w którym Kadyrow wziął się za spikerkę i zwyzywał sędziego?

Tak, nawet wtedy grałem. Słyszałem, że coś wykrzykiwał, ale jak skupiasz się na meczu, to nie słuchasz. Nie rozumiałem czeczeńskiego, a dźwięk z mikrofonu na stadionie nie jest tak czysty. Za karę następny mecz z Zenitem graliśmy w Machaczkale. Przegraliśmy 0:3.

Wasza baza w Kisłowocku podobno wyglądała dość dramatycznie.

Baza? Stary pensjonat wynajmowany przez klub! Rosjanie i Czeczeni mieszkali tam na stałe. Wchodzisz – recepcja, na wprost magazyn, po lewej posiłki, a po prawej salka, z której zrobili siłownię. Ruscy sobie remontowali te pokoje. Ściągali meble i kupowali telewizory, ale kiedy wyjeżdżaliśmy na wakacje, wszystkie rzeczy zanosiliśmy w jedno miejsce i zamykaliśmy na klucz, bo normalnie wpuszczali tam ludzi! Jedzenie – dramat. Jak zamawiałeś spaghetti, to faktycznie dostawałeś, ale sam makaron. Przez miesiąc możesz tak jeść, ale trzy lata? Czeczeni jednak to akceptowali. Po miesiącu w Tereku wchodzę na tę stołówkę, podchodzi Marina, która sprzedawała, pytam:

– Co dziś na obiad?
Spaghetti, kurica, miaso i wsio!

Mogłeś się poczuć, jakbyś wrócił do niższych lig.

W niższych ligach często masz super szatnię, a tam zero. Nie było atmosfery, bo… nie było szatni. Mieliśmy pokoje w tym pensjonacie. My z „Rybką” dostaliśmy tak mały, że kiedy wchodziłem, to Maciek musiał siąść na łóżku. Ja przeszedłem, on wychodził. I pokój w klimacie safari. Serio! Safari-room! (śmiech) Po odpoczynku każdy wychodził z pokoju i od razu do autokaru, potem trening, prysznic i do domu.

To była wyjątkowo międzynarodowa szatnia. W twoim pierwszym sezonie doliczyłem się dwudziestu obcokrajowców.

Sporo Brazylijczyków. Jak masz jednego, to jeszcze w porządku. Ale im ich więcej, tym większy z nimi problem. Ruscy też byli mało przyjemni. Najmilej wspominam Ojalę, Martina Jiranka, Ismaila Aissatiego, Ablay Mbengue i Jeremy’ego Bokilę. Mieliśmy masażystę Chorwata, ale inny maser, Rosjanin, niesamowity podgrzybek. Kompletnie nie umiał masować. Mówiłem mu: – Lonia, przecież ty nie umiesz, źle to robisz! – tylko go podkręcałem. Chłopaki beka, a on ciągle wkurzony. Klimat nie do opisania. Musiałbyś to zobaczyć.

Kto był najlepszy w tej ekipie? Ailton?

Tak, to był kozak i w porządku człowiek. Czeczeni zresztą też – dobrze wychowani, honorowi, z szacunkiem do starszych. Kapitanem był Rizwan Ucijew. Moja żona do dzisiaj wspomina jaki był uprzejmy i kulturalny. Właściwa osoba na właściwym miejscu. Sadajew tylko się tam marnuje. Dobry piłkarz. Jego ojciec był najskuteczniejszym zawodnikiem Tereka. Wychowanek zawsze ma trudniej, ale nie wiem, dlaczego Zaur w ogóle nie gra. Sam przecież namawiałem Mario, by wysłać go do Polski. – No dobra, jak taki dobry, to spróbujemy – w końcu powiedział. Technika, drybling, silny. Zaur ma wszystko, ale przy tym jeden problem – nigdzie się nie zaaklimatyzuje. Przyjechał do Polski bez rodziny i wrócił.

komorowski 1

Jak oceniasz całą tę przygodę pod kątem piłkarskim? Twoja opowieść brzmi momentami abstrakcyjnie, ale – jakkolwiek patrzeć – to był awans sportowy.

Teraz w Polsce piszą o Caicedo. Grałem przeciwko niemu, gdy był zawodnikiem Lokomotiwu. Bardzo dobry, silny, techniczny, ale mało zdyscyplinowany. Gdy przychodziliśmy do Tereka, Zenit ściągał Hulka, Witsela i Garaya, a już wcześniej mieli Danny’ego. Dynamo – Kuranyi i Kokorin. Anży – Eto’o i Samba. Słaba liga? Hulk na początku wyglądał dramatycznie, za dużo chciał, ale jak się ogarnął, to już robił wielkie wrażenie. Eto’o podobnie. Taki lisek. Cwaniaczek. Zawsze wiedział w odpowiednim momencie, kiedy depnąć. Problemem tej ligi jest infrastruktura. To się pewnie zmieni po mistrzostwach świata, ale kiedy masz jechać na Mordowiję Sarańsk i grać przy 26 stopniach na sztucznym boisku, to…

Zdarzały się mecze, kiedy czułeś, że coś mogło zostać ustawione? Tajemnicą poliszynela w Rosji jest fakt, że Terek dogaduje się z Anży, kto bardziej potrzebuje punktów.

Był jeden dziwny mecz. Anży akurat grało o utrzymanie i trener Rachimow nagle nie wystawił dwóch podstawowych, którzy grali w każdym meczu. Sam wystąpiłem na lewej obronie, a wcześniej regularnie grałem jako stoper. Przegraliśmy 0:2, ale czy ktoś to ustawił? To tylko domysły.

Czego od was wymagali przed sezonem?

Zawsze mówiło się o Lidze Europy, ale ostatecznie się nie udało. Za Czerczesowa zabrakło dwóch punktów. Gdybyśmy wtedy zagrali, a Stasiek Czerczesow by został, to… Za każdym razem jak odchodził z jakiegoś klubu, to wszyscy za nim płakali. Zastąpił go taki pan z Kazachstanu.

Jurij Krasnożan.

Po kadrze dał nam z „Rybą” trzy lub cztery dni więcej wolnego. Wróciliśmy i odpalił mnie z marszu, a postawił na Ojalę. Nie wiem, czy tam nie było jakiegoś układu. Fin wyglądał naprawdę słabo. Kiedy graliśmy z Amkarem beze mnie i Martina Jiranka, Stasiek powiedział: „najlepsi obrońcy nie grają, to mamy szansę!”. Zremisowaliśmy, a Ojala znów zawalił. Krasnożan poświęcał mnóstwo czasu na odprawy. Przed treningiem – godzina. Po treningu – kolejna godzina np. dla obrońców. I to wszystko o dupie Maryni. Zero konkretów. Podczas analizy wideo nie patrzył na obraz sytuacji, tylko wyłącznie na twoją pozycję – tu przesuniesz dwa centymetry, może trzy i będzie super – nie miało znaczenia, gdzie była wtedy piłka i że tak naprawdę byłeś dobrze ustawiony. Dramat. Lord był jednak jego zwolennikiem. Na koniec – po pięciu meczach w łeb z rzędu – Daudow zwołał spotkanie i nam oznajmił: „Trener jest super, jak nie wygracie, to przestajemy płacić”. Wygraliśmy, ale wyszło, że Krasnożan na nas nadaje. On świetny, a my beznadziejni. Uwierz – wyjątkowy typ.

Kolejna absurdalna historia – podczas treningów cały czas wystawiał mnie na środku obrony. W dniu meczu na odprawie patrzę, a mam grać na lewej obronie. I pod koniec odprawy trener mi oznajmia: „będziesz dziś wykonywał stałe fragmenty gry”. Dwie godziny przed gwizdkiem, rozumiesz?! Zwykle takie rzeczy musisz przećwiczyć, utrwalić, a i tak ciężko wrzucić tak, by koledzy to wykorzystali. Nawet mu to tłumaczyłem, ale nie reagował. – Jak wrzucisz, tak będzie – stwierdził. Totalna skrajność w porównaniu z Czerczesowem.

No właśnie – na czym polega fenomen Czerczesowa? W Polsce kibice i piłkarze daliby się za niego pokroić, ale momentami zachowywał się irracjonalnie.

Bardzo trenera cenię i lubię. Biła od niego niesamowita pewność. Nawet jak nie mógł być czegoś pewien, to i tak był. Gdy mówił, że wygramy, czuliśmy, że tak będzie. Czasem spierał się z asystentem Juriciem o taktykę. Absurdalne sytuacje. Stasiek jedno, a Jurić drugie. Potrafił jednak trzymać wszystkich za jaja. Raz na treningu Brazylijczyk z Afrykańczykiem skoczyli sobie do gardeł. Wkroczył Stasiek, strzelił pierwszego z liścia, drugiego i wypad z treningu. Wszyscy jak wryci.

Co pomyślałeś, gdy usłyszałeś, że Legia z niego rezygnuje, bo chciałaby zostać klubem w stylu Anderlechtu czy FC Basel i woli trenera z bardziej nowoczesnym podejściem?

Ale z czego rozliczasz trenera? Pytanie, jaki był cel. Czy Stasiek miał wprowadzać młodych, czy zdobywać tytuły? Nie znam przebiegu rozmów. Zrobił tu jednak dużo.

Z drugiej strony sam mówiłeś – Rosja to stan umysłu.

To fakt. Ciężko, żeby młody się u niego przebił. Musiałby być naprawdę dobry albo ściągnięty przez Czerczesowa. Wprowadził tu jakiegoś młodego?

Powiedział, że akademia to przedszkole.

W Czeczenii było tak samo.

Te jego mityczne treningi faktycznie są tak wykańczające?

Przez pierwszy rok czułem się strasznie zajechany. Na boisku wyglądałem dramatycznie, ale cały czas na mnie stawiał. Później puściło i zacząłem grać na swoim poziomie.

Jesteś zwolennikiem takich metod?

Jestem o tyle, że po roku czułem się super. Martin Jiranek opowiadał, że przez pierwszy rok w Spartaku wstawał, szedł na trening, wracał, jadł i kładł się spać. Taki był zmęczony. Okres adaptacji u Staśka trwa czasem właśnie tyle – nawet rok. To fakt jednak, że wrzucał wszystkich do jednego wora. Jeden potrzebuje większych obciążeń, drugi mniejszych.

Z czego wynikała jego sympatia do Polaków?

Podczas jednej z naszych pierwszych rozmów zaczął wymieniać Polaków, z którymi grał. Wspomniał o Piotrku Nowaku, a ja na to, że pochodzimy z tego samego miasta i grał z moim tatą. Potem Jurek Brzęczek, którego też znałem. Stasiek lubi Polaków – to widać od razu. Może dlatego, że nigdy się na nich nie zawiódł? Ani ja, ani „Ryba” nie mogliśmy narzekać.

Kończąc temat Rosji – nie miałeś nigdy możliwości zmienić klubu na mocniejszy?

Nie. Przed Terekiem Mariusz mówił o propozycji z Chin. Szenhua Szanghaj, dobrze mówię? Potem pojawiło się też coś z Arabii Saudyjskiej, ale nie chciałem. W końcu wylądowałem w Tereku.

Kiedy pierwszy raz przyjechałeś do Kisłowocka…

… to byłem załamany. Siedziałem z Mariuszem na telefonie i mówiłem:

– Ja pier…, widziałeś to?
– Wytrzymasz, wytrzymasz.

Nie widziałeś wcześniej tej bazy?

Nie, ale Mariusz zawsze powtarzał, że kariera trwa przez moment, a potem budzisz się w nowej rzeczywistości. Teraz jestem pół roku bez klubu, a przez półtora roku nie gram. Czuję, że przechodzę na drugą stronę barykady. Chcę jeszcze wrócić na boisko, ale za moment może się okazać, że nie jestem w stanie. Nigdy nie ukrywałem, że jadę do Rosji zarobić.

komorowski 2

„W Polsce jest może 3-4 zawodników, których kibice i dziennikarze będą po latach pamiętać z tego, co zrobili na boisku. Ciebie w tej grupie nie ma. Popatrz na swoich kolegów, którzy kończą kariery i nie mają zapewnionej przyszłości. Najważniejsze jest to, byś wykorzystał tę karierę finansowo” – usłyszał Łukasz Załuska od Mariusza Piekarskiego (źródło: Weszło).

Oczywiście, że tak. Słyszałem, że Zbigniew Boniek powiedział z kolei, że jeśli będą cię pamiętać, to z reprezentacji. Nie będą pamiętali, czy grałeś w Tereku, Amkarze, Lyonie czy Saint-Etienne tylko to, że reprezentowałeś kraj. Od ciebie zależy, czy wykorzystasz kapitał, czy go przegrasz, czy przejesz w dwa-trzy lata.

Jaki masz plan na siebie?

Mam kilka inwestycji związanych z deweloperką. Ukierunkowałem się na tyle, że po zakończeniu kariery będę miał na bułkę. Założyliśmy z kolegą spółkę, która buduje i sprzedaje mieszkania. Niedawno w Zakopanem zaczął też funkcjonować Aparthotel w którym mam udziały, a za moment powstanie drugi. Na razie działamy głównie tam, w Krakowie, Katowicach i Bielsku – Białej, ale również chcemy inwestować w Warszawie. Pomagamy też w zarządzaniu tymi mieszkaniami. Oczywiście niektórzy wolą robić to sami, ale na ogół jak już zaczynasz w to inwestować, to interesuje cię jedynie, żeby kasa wpadała co miesiąc. Ponadto razem ze wspólnikiem i żoną, która jest m.in. konsultantką ślubną, pod koniec zeszłego roku zainwestowaliśmy w portal o tematyce zaręczynowo – ślubnej (zareczyny.pl), wkrótce uruchamiamy także sklep z biżuterią (slubneniebo.pl).

Będzie ci się opłacało wracać do piłki?

Nie widzę się w roli trenera. Za dużo wyrzeczeń. Przez ostatnie cztery lata żona tylko do mnie przylatywała. Teraz chcę poświęcić rodzinie więcej czasu. Przy tym, co robimy, mogę połączyć obie te rzeczy.

Trudno jednak powiedzieć, byś był piłkarzem spełnionym. I w reprezentacji, i w Legii trafiłeś na okres przed największymi sukcesami.

Ale może trafiłem na przełom? Awansowaliśmy do Ligi Europy po wielu latach przerwy. Reprezentacja też zaczęła inaczej funkcjonować. Podłączam się do sukcesu! (śmiech)

Szkoda ci tego?

Strasznie szkoda.

Jak ci się współpracowało z Nawałką?

Początkowo nie byłem przekonany, bo słyszałem różne historie na jego temat, ale to mega konkretny gość, u którego nic nie wynika z przypadku. Liczę, że jeszcze u niego zagram. Sportowo czuję się na siłach. Pytanie, czy zdrowie pozwoli.

A jeżeli pozwoli, to jak długo chcesz grać?

Na maksa. Ile się da. Ale jeżeli nie będzie szło, to – nie jestem idiotą – nie będę na siłę się pchał do pierwszej czy drugiej ligi. 

W jaki klub będziesz celował od następnego sezonu? Czołowy czy po takiej przerwie to nierealne?

Przede wszystkim chcę być zdrowy, a potem będę się zastanawiał nad klubem. Piłka to 60 procent szczęścia i 40 procent pracy.

A nie odwrotnie?

A ilu było takich, co się poświęcali i skończyli w czwartej lidze? Mam wielu kolegów, którzy byli ode mnie lepsi i nie grają od dawna. Kwestia szczęścia. Czy ktoś w odpowiednim momencie da ci szansę. Czasem wyjdziesz, strzelisz dwie bramki i potem wszystko pójdzie.

Twoim „szczęściem” były trzy gole strzelone Lechii w barwach Polonii Bytom?

Niekoniecznie. Po tym, jak w Legii pojawił się Maciej Skorża, chcieli się mnie pozbyć. Jóźwiak planował wymianę z Arką – Tshibamba za mnie. Pojechałem z Legią na pierwszy obóz do Grodziska, a na koniec usłyszałem od „Bereta”, że nie jadę na drugi do Francji. Kontuzję złapał jednak Dickson Choto, który zawsze był kontuzjowany. Skorża powiedział, że potrzebuje na wszelki wypadek obrońcy. Nagle wysypał się też Inaki. W pierwszych meczach „Wawrzyn” zagrał na środku, a ja na lewej. Chłopaki się wyleczyli, patrzę i nagle nie ma mnie w osiemnastce. Poszedłem do Skorży:

– To mega nie w porządku. To znaczy, że już nie jestem potrzebny.
– Nie poddawaj się, walcz.

Potem przegrali na Ruchu, odsunęli „Ajwena”, „Gizmo” i „Wawrzyna”, a Skorża przywrócił mnie do składu. Przed meczem z Lechią pojawił się problem na środku obrony, Trener Skorża pyta mnie, czy grałem kiedyś na tej pozycji, więc mu odpowiedziałem, że tak, na sparingu za trenera Urbana. Wystawił mnie w końcu na środku z Lechią. Przegraliśmy 0:3, ale Maciek jednak dalej na mnie stawiał. Zachował się bardzo w porządku po tamtej rozmowie. I sam powiedz: to nie było szczęście? Ile zbiegów okoliczności po drodze! Po Lechii mógł wybrać kogoś innego. Mógł powiedzieć: „nie wyszło, szukam dalej”. To te momenty, które decydują o karierze.

Ale kluczowym nie był mimo wszystko ten hat-trick w barwach Polonii?

Żebym zagrał w tym meczu, musiał się wydarzyć jeszcze inny zbieg okoliczności. Przychodzę do klubu, a na lewej obronie Sokolenko. Nie do wygryzienia. W końcu trener wystawił mnie na lewej pomocy. Nie czułem się skrzydłowym, ale jakoś poszło. W którymś z kolejnych meczów Walerij nie mógł zagrać, więc wskoczyłem na lewą obronę. Znów sobie poradziłem, a na dodatek wygraliśmy. Sokolenko wrócił, ale już nie na lewą obronę tylko na pomoc, gdzie niestety sobie nie poradził, a ja zostałem. I co? Szczęście!

Nie umniejszasz sobie?

Nie, bo na szczęście trzeba pracować. No dobra, przesadziłem z tym 60-40. Niech będzie, że szczęście i praca dzielą się po połowie.

Paradoksem jest, że tak ułożony gość jak ty nie potrafił się dogadać z Lenczykiem.

Myślę, że to Lenczyk miał ze mną problem, a nie ja z nim.

Dlaczego nie znaleźliście wspólnego języka?

Kiedy do niego szedłem, to do rany przyłóż, a na boisku jazda.

Sukcesy jednak osiągnął.

Nie mówię tego dlatego, że do mnie miał taki stosunek. Patrzę na Lenczyka przez pryzmat porównania z innymi trenerami. Weźmy takiego Jacka Magierę… Gdy był asystentem Urbana, z każdym problemem szedłem do niego. Wiadomo, jaki był Janek. Generalnie krzyki. „Magic” to natomiast świetny obserwator. Zawsze zostawaliśmy po treningu i wszystko spokojnie mi tłumaczył. Jednego zawodnika musisz zjebać, a drugiego pochwalić. Miałem w życiu dramatycznych trenerów, ale Jacek to odpowiednia osoba na odpowiednim miejscu. Z nikim młodzi nie będą mieli tak dobrze jak z nim. On do nich dotrze. Nie: „kurwa, co ty robisz?! Jak grasz!”, tylko zabierze na rozmowę. Młodemu trzeba pomóc, a nie od razu niszczyć.

Andrzej Iwan twierdzi, że Lenczyk nie ma pojęcia o taktyce, o co zresztą ten mocno się na niego obraził.

Zgadzam się w stu procentach. Trzeba jednak mu przyznać, że potrafi przygotować do sezonu. Czułem się rewelacyjnie pod względem fizycznym. Podejście do ludzi – to już inna sprawa. Kiedy dostałem pierwsze powołanie do kadry w czasach Polonii, zadzwonił z gratulacjami. Potem też gratulował hat-tricka. Czasem tak bywa, że kogoś nie traktujesz poważnie, a potem gdy tej osobie zaczyna się układać, zaczynasz do niej telefonować.

Widać, że masz do niego żal.

Do końca życia będę miał. Nie wybaczę mu tego, jak mnie traktował.

To był największy dołek w karierze?

W pewnym momencie chciałem przestać grać w piłkę. Nie miałem przyjemności z treningu. Przyjeżdżałem i tylko czekałem, aż mnie opieprzy. Zamiast skupić się na boisku, zastanawiałem się, o co się przyczepi. Całe szczęście, że potem trafiłem na innych trenerów. I widzisz – wracamy do punktu wyjścia. Szczęście jest w piłce najważniejsze!