LIGOWCU, ZACZYNASZ W SIEBIE WĄTPIĆ? SPÓJRZ NA NIEGO!

igor_lewczuk-640x416

Michał Probierz zawsze był trenerem nieszablonowym. Trenerem, o którym – gdyby znaleźli się śmiałkowie – dałoby się napisać ciekawszą książkę niż wiele pozycji, które zalewają nasz rynek. Weźmy choćby legendarną symulkę Drągowskiego na Lechii. To właśnie Probierz błyskawicznie ją zainspirował, choć początkowo sam nie mogłem dać temu wiary. Albo trwa trening Jagiellonii i nagle ni stąd, ni zowąd trener podchodzi do któregoś z napastników i pyta:
– Oglądałeś ostatni mecz (strzelam) Eibar?
– Oczywiście, że nie.
– To przewiń sobie do 60. minuty i zobacz, jak się zachował ich napastnik. Tak masz grać.

Probierz zawsze lubił stosować niekonwencjonalne metody po pierwsze – do samego treningu, po drugie – do motywowania zawodników. Po samych treningach z ciekawości sprawdza też, jak idzie piłkarzom, których odpalił. Śledzi ich losy i bada statystyki. Większość wskoczyła na równię pochyłą i wylądowała bez telemarku. Jest jednak jeden wyjątek…

29 lipca 2010. Jagiellonia gra z Arisem Saloniki. Mija osiem minut i jest już 0:2 po dwóch golach Calvo. Bramkę kontaktową po kilkunastu minutach strzela Grzyb, ale jeden piłkarz już wie, że u tego trenera sobie nie pogra. 22. minuta i wędka. Hermes zmienia Igora Lewczuka. Konsekwencje? „Spadek” do Młodej Ekstraklasy i ledwie jeden mecz w dorosłych rozgrywkach. A zimą przeskok do wtedy pierwszoligowego Piasta Gliwice, by za moment tułać się po Ząbkach, Ostrowcach i Kluczborkach. Miały być salony polskiej piłki, skończyło się na Salonikach.

Wtedy Igor miał już 25 lat. Był może nie w najlepszym wieku dla obrońcy, ale na pewno takim, kiedy mogły zapaść kluczowe decyzje w jego karierze. Make or break. Mało tego – ledwie trzy lata wcześniej zastanawiał się, czy w ogóle zająć się piłką na stałe. Grał w IV lidze, gdy dostał zaproszenie na testy do Znicza. Wysiadł w Pruszkowie, próbował zamówić taksówkę, okazało się, że taksówek tam nie ma, więc przeszedł się na stadion, zagrał sparing z Unią Janikowo i został. Stamtąd później trafił do Jagiellonii.

To wszystko brzmi dziś jak prehistoria, ale wydarzyło się ledwie parę lat temu. Wtedy nikt jednak nie wróżył Lewczukowi jakiejkolwiek kariery. Chyba nawet on sam – gdzieś pomiędzy Jagiellonią, Piastem czy Ruchem – pogodził się, że nic wielkiego z tego nie będzie, trzeba wycisnąć, co się da, popaść w niepamięć i myśleć o jakimś biznesie. Nawet gdy trafiał do odrestaurowanego Zawiszy, nikt nie robił sobie po nim wielkich nadziei. Ot, jeden z wielu grajków, którzy przyszli uzupełnić kadrę. Wtedy jednak Lewczuk wcisnął się w kombinezon, założył hełm i wpakował się do rakiety, która za moment miała wystrzelić go w kosmos.

2013/14 – wyrasta na czołowego prawego obrońcę ligi w Zawiszy. Dostaje powołanie na zimowe zgrupowanie ligowców w Emiratach. Utrzymuje miejsce w kadrze. Jedzie też na dwa najbliższe sparingi – z Niemcami i ze Szkocją. Ma 28 lat.

Lato 2014 – przechodzi do Legii, a w wywiadzie dla oficjalnej strony bije z niego od taki entuzjazm jak od dziecka w sklepie z zabawkami. Legia uznaje jednak, że widzi w nim stopera. Igor ma 29 lat.

Wiosna 2016 – zgarnął już dwa puchary i mistrzostwo z Legią. Ma też za sobą występy z Napoli, Brugge czy Midtjylland. W międzyczasie łapie uczulenie na marcowym zgrupowaniu kadry, co w konsekwencji pozbawia go miejsca na Euro. Za chwilę jednak awansuje do Ligi Mistrzów. Ma 31 lat.

Lato 2016 – choć mistrzostwa obejrzał w telewizji – ten okres to dla niego rollercoaster. Kiedy w czerwcu spotykamy się w Lyonie z Mariuszem Piekarskim, Lewczuk nawet nie myśli o transferze. Za moment przyjdzie mu się mordować z Hasim. „Piekarz” tymczasem czeka na powrót z badań Maćka Rybusa. Istnieje minimalna obawa, że coś – z powodu kontuzji barku – może się wysypać, ale wszyscy w hotelu Sofitel są raczej spokojni. Piekarskiego bardziej dziwi postawa Artura Jędrzejczyka. Na stole leży oferta z Bordeaux. Piękne miasto, świetna liga, kibice, profesjonalizm. Opcja w zasadzie bez minusów.

– To ile mniej dostałby w Girondins niż w Krasnodarze? – pytam.
– Mniej?! Jakie mniej! Więcej!

Konsternacja.

„Jędza” – jak wiadomo – rządzi się swoimi prawami, więc ofertę odrzuca. Girondins jednak naciska. Mariusz kompletnie nie może zrozumieć postawy Jędrzejczyka, ale cóż – nie to nie. Jest już sierpień, gdy spotykamy się po raz kolejny, tym razem na zgrupowaniu kadry. Wiadomo już, że Artur nie przeniesie się do Francji, ale Piekarski zachowuje zaskakujący entuzjazm. – Nic się nie dzieje. Nie on, to następny. Kontakt już nawiązaliśmy – uśmiecha się w swoim stylu, choć do końca okienka zostały jeszcze jakieś trzy dni. Dzień później widzę go na kawie z Lewczukiem. Po kilkunastu godzinach Lewczuk jest piłkarzem Bordeaux. Jeden z najbardziej zaskakujących transferów okna staje się faktem. To przy okazji pokazuje, jak kluczowe w tym biznesie są odpowiednie kontakty, bo przecież Bordeaux nie bukowało skautom co tydzień biletów na mecze Legii. Wręcz przeciwnie – nie ten, to poleć nam kogoś o podobnym profilu. Wiąże się to oczywiście z dużą odpowiedzialnością, bo gdyby Igor czy ktokolwiek inny nie wypalił, to kto wie, czy przy okazji nie zatrzasnąłby drzwi Piekarskiemu na Stade Matmut-Atlantique.

Z całej tej historii płynie jednak wyjątkowo optymistyczna puenta dla każdego ligowca. Skoro udało się Lewczukowi, to dlaczego nie miałoby się udać mi? – takie pytanie mógłby sobie zadać którykolwiek piłkarz Ekstraklasy w średnim wieku i nie chcę przy tym absolutnie deprecjonować Lewczuka. Wręcz przeciwnie – facet powinien być wzorem dla każdego ligowego przeciętniaka. Wystarczą trafne decyzje, inteligencja, pokora i ciężka praca, bo każdy kto zna Igora, wie, że to właśnie go charakteryzuje (bicek ze zdjęcia sam się nie zrobił!). Jeżeli jakiś 25-latek z Piasta, Korony czy Arki nagle się podłamie, to zamiast dzwonić po Mateusza Grzesiaka powinien odpalić na 90minut.pl metryczkę Lewczuka. Ten gość jest żywym potwierdzeniem najbardziej banalnego piłkarskiego hasła, że w futbolu wszystko jest możliwe.

Skoro powiodło się Lewczukowi, dlaczego miałoby się nie powieść Pietrowskiemu, Możdżeniowi, Zbozienowi czy innemu Woźniakowi?

Listopad 2016 – Igor wykręcił siedem pełnych meczów w Ligue 1. Cieszy się niepodważalną pozycją na środku obrony. Z Guingamp strzela pierwszego gola. Trafia do jedenastki kolejki L’Equipe. Ma 31 lat.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała