LEGIA W LIDZE MISTRZÓW, CZYLI ALBO GRUBO, ALBO WCALE

Zaczęło się od afery z Bereszyńskim. Wtedy cały świat przekonał się, jak można w najbardziej frajerski sposób pozbawić się Ligi Mistrzów. Po Twitterach latały hashtagi #LetFootballWin i można się było z tym wszystkim zgadzać lub nie, ale rozgłos był horrendalny. Potem nastąpiła Nuttegate, gdzie absurd przerósł rzeczywistość. Poważny klub Europy centralnej musiał tłumaczyć się w oficjalnych pismach, że jego kibice nazywali rywali „kurwami”, a nie „Żydami” i – co jeszcze bardziej abstrakcyjne – należało te pisma w pełni zrozumieć. W międzyczasie przez klub przewinął się najgorszy trener w historii futbolu, a kiedy już go pogoniono, piłkarze totalnie odpięli wrotki.

Wczoraj pobite zostało legendarne 8:3 z 2003 roku, gdy Monaco zlało Deportivo. Pamiętacie „poker” w wykonaniu Dado Prso, prawda?

Wczoraj wyrównano rekord goli z jednej połowy meczu Champions League (też Monaco – Deportivo).

Wczoraj Borussia zapisała się w historii LM jako pierwsza drużyna, która wpakowała ponad 12 sztuk jednemu rywalowi w tej samej edycji rozgrywek.

Wczoraj BVB wyrównała rekord Manchesteru United z 1998 roku pod względem liczby trafień w pierwszych pięciu meczach LM (19, z czego 14 z Legią).

Wczoraj Ousmane Dembele stał się najmłodszym piłkarzem w tych rozgrywkach, który zaliczył trzy asysty w jednym spotkaniu.

Wczoraj odbył się pierwszy mecz w historii Champions League, kiedy obejrzeliśmy pięć goli w pierwszych 25 minutach.

Wczoraj najszybciej padło siedem bramek w historii Ligi Mistrzów.

Wczoraj Shinji Kagawa ustrzelił drugi najszybszy dublet tych rozgrywek – sześć lat temu Bale był lepszy o sekundę.

Wczoraj Legia zrównała się z BATE pod względem największej liczby straconych goli w fazie grupowej LM.

I tak dalej, i tak dalej. Sprawniejsi statystycy wykopią pewnie jeszcze z kilkadziesiąt ciekawostek, a kursanci w szkołach trenerów zostaną poproszeni o przygotowanie jakiegokolwiek wytłumaczenia, co tam w ogóle się wydarzyło. Thomas Tuchel wytłumaczyć nie potrafił. – Przebieg spotkania był w każdej fazie surrealistyczny – powiedział na gorąco po meczu. Tradycyjnie barwny okazał się też Jacek Magiera, który stwierdził, że: – Dziecko mające roczek uczy się chodzić. Jeśli będzie się przewracać i podda się, to nie zrobi postępów. My się nie poddamy i chcemy się uczyć grać jak najlepszy futbol.

Legia w Lidze Mistrzów nie jest jednak dzieckiem. Patrząc na wiek, staż, doświadczenie czy nawet umiejętności – jak najbardziej. Biorąc jednak pod uwagę skalę zniszczeń – to bardziej słoń w składzie porcelany. To zespół, którego akcje nie zasługują na miano cliffhangerów. To już nie brawura alpinisty zwisającego z klifu czy Vin Diesel z „Fast and Furious” podciągający się na dachu pędzącego samochodu akurat tą ręką, w którą pięć minut temu go postrzelono. To już – a co, pozostańmy przy terminologii filmowej – klasyczne „jump the shark”, gdzie widz przestaje się nawet dziwić, bo absurd goni absurd już od pierwszego gwizdka.

Po tym, co wydarzyło się wczoraj na Signal Iduna Park, taki analityk jak Jacek Magiera zaśnie pewnie gdzieś w okolicach soboty. Unai Emery powiedział ostatnio, że wraz z asystentami ogląda każdy mecz PSG jakieś 12 razy. Nie zdziwię się, jeśli w tym przypadku zostanie przez legionistów przebity, bo szukanie logiki to tutaj syzyfowa praca. Z jednej strony można się zachwycać, że Legia wbiła siedem goli Borussii i Realowi w dwóch kolejnych meczach (przeczytajcie sobie na głos, bo to najbardziej niewiarygodna statystyka naszego futbolu), z drugiej kilku piłkarzy zostało dość brutalnie obnażonych. Można mieć pretensje do Czerwińskiego czy Cierzniaka? Można, ale pamiętajmy też, że wczoraj na lewej obronie zagrał Rzeźniczak, który do niedawna na swojej nominalnej pozycji zawalał mecz za meczem (żeby być sprawiedliwym – później znów wrócił na właściwy poziom), bramkarz ostatnią serię kilku spotkań na w miarę poważnym poziomie zaliczył w grudniu ubiegłego roku, a po drugiej stronie hasały być może największe talenty światowego futbolu. Za takiego przynajmniej można uznać Dembele, a kto wie, czy nie i Pulisicia oraz Passlacka. To po prostu inna dyscyplina sportu.

Nie chodzi tu jednak o usprawiedliwianie Legii, bo liczby są oczywiście drastyczne, a zachowanie w obronie wręcz przerażające. Tak jak u nas jednak przyjęło się, że w szatni muszą paść ostre słowa, a po meczu trzeba wyciągnąć wnioski, tak w Hiszpanii na taki banał wyrosło „cierpienie w trakcie meczu”. I Legia w tej Lidze Mistrzów naprawdę uczy się cierpieć. Okładana jest co 22,5 minuty (!), ale w dwóch ostatnich spotkaniach, i to akurat z najpoważniejszymi rywalami, nauczyła się błyskawicznie otrzepywać i jechać po swoje. Momentami z klapkami na oczach, jeszcze częściej na fantazji dzieciaka, który po raz pierwszy zobaczył Santiago Bernabeu czy dortmundzką Die Gelbe Wand, ale dzięki temu te cierpienia nie są aż tak bolesne. Mało tego – to nawet nie są żadne cierpienia. Z tych piłkarzy bije autentyczny entuzjazm, że w ogóle mogą w czymś takim uczestniczyć.

Wczoraj po meczu Maciej Wandzel napisał na Twitterze, że nie wie co powiedzieć i chyba ruszy na drinka. Śmiem jednak podejrzewać, że na tym „drinku” atmosfera była znacznie weselsza niż u tych, którzy pisali, że Legia zaliczyła wstydliwy mecz. Szczerze dziwią mnie głosy tych, którzy biją na alarm, krzyczą wniebogłosy, że wydarzyło się coś nadzwyczajnie kompromitującego, hańba, żenada, w ogóle najlepiej zostańcie w Dortmundzie i nie wracajcie do domu. Nie sądzę, żeby legioniści mieli w tej Lidze Mistrzów jakiś jasno określony cel. Może i po cichu ktoś liczył, że psim swędem uda się doczłapać do trzeciego miejsca, ale trzy pierwsze mecze raczej wybiły z głów ten optymizm. Dla zawodników, ale pewnie też dla kibiców – zaczął liczyć się „fun”. Czysta piłkarska zabawa. Tak jak pierwszej konfrontacji z BVB wyglądali, jakby wpadli w piłkarską depresję, tak ostatnio na Bernabeu czy wczoraj na Signal Iduna Park wychodzili z prawdziwym entuzjazmem, co pewnie później przełożyło się na luz Radovicia, przebojowość Odjidjy i wyłączony układ nerwowy u Prijovicia. Sam fakt, że jeszcze utrzymują szansę na Ligę Europy, to w tej grupie COŚ.

Oczywiście po takim meczu nikt tego otwarcie nie przyzna – byłby to samobój wizerunkowy, za który znów trzeba byłoby przepraszać – ale jestem przekonany, że właściciele Legii w głębi duszy są zadowoleni. Po prostu zadowoleni. Nie tak dawno jeden z nich przyznał w prywatnej rozmowie, że sposób na budowanie frekwencji jest banalny. Odjidja, Guilherme, Radović. To znacznie prostsze niż najbardziej wymyślne kampanie marketingowe, apele legend na YouTube czy piłkarze biegający po mieście z biletami. Show. Piłkarski spektakl. Joga bonito. Tak jak kiedyś w Warszawie chodziło się na Ljuboję, w Krakowie na Meliksona czy w Białymstoku na Quintanę, tak Legia zamierza ściągać do ofensywy showmanów, którzy wolą przegrać 3:5 niż 0:1.

Cała wyżej wymieniona trójka to w naszych warunkach czarodzieje. Chciałem już z przyzwyczajenia wklepać tradycyjną formułkę pt. „jak na Ekstraklasę”, ale okazuje się, że przy wszystkich swoich brakach (zwłaszcza w defensywie) potrafią te swoje zabawy przenieść momentami na najsilniejsze drużyny Europy. A że przy odpalaniu tych fajerwerków sami się poparzą, spalą sufit i zadymią całe mieszkanie – to już pół biedy. Skoro jest odgórna akceptacja, to w czym problem? Dziecko – jak ujął Magiera – dopiero uczy się chodzić, więc ma przyzwolenie na kolejne upadki, nawet jeśli po drodze coś zdemoluje. Bo przecież nawet jeżeli coś zbroi, za moment usłyszy o tym cały świat. Może to momentami futbol-kamikaze, przy którym sam trener zakrywa oczy, gdy rywal atakuje, a bramkarz wyciąga z rękawicy różaniec, ale przynajmniej o tym wariactwie mówi o tym cała Europa. Nie ukrywajmy – mecze z Realem i Borussią echem odbiły się potężnym.

Albo grubo, albo wcale. I to na wszystkich frontach.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała