IVAN KEPCIJA: CLUB BRUGGE, OLYMPIAKOS, DINAMO. TO POWINIEN BYĆ NASZ POZIOM

Ivan Kepcija

Kto w Legii Warszawa powinien być generałem? Po co rozbija się zagraniczne ligi na kilka koszyków? Jaki wpływ na drużynę ma Eduardo da Silva? Co jest ważniejsze – koneksje z agentami czy skauting? Który doświadczony piłkarz pracuje jak 18-latek? Czym różni się położenie ligowe Legii od Dinama Zagrzeb? Jak wyglądała współpraca ze Zdravko Mamiciem? O tym wszystkim opowiada Ivan Kepcija, dyrektor stołecznego klubu.

Pracuje pan w Legii od września, ale jak na razie przypomina to lot pełen turbulencji.

W każdym tak wielkim klubie i z takimi oczekiwaniami musisz się nastawić na turbulencje. Nawet jeśli będziemy sobie radzić dobrze, trzeba będzie postawić kolejny krok. To z kolei przyniesie kolejne turbulencje. Na tym poziomie nie można mieć łatwej roboty. Doceniam fakt, że pracuję w Legii. Mamy mnóstwo atutów – świetnych kibiców, właściciela i infrastrukturę. Cieszę się, że jestem częścią tego projektu.

Pana praca polega na wprowadzaniu długofalowej wizji budowy klubu. To w ogóle możliwe w polskiej piłce?

Można to zrobić wszędzie, gdzie jest taka wola.

I cierpliwość.

Ludzie opierają się na emocjach z tygodnia, ale ja w pracy mam być jak generał w armii. To ciągła walka. Muszę stać z tyłu, mieć dobry ogląd sytuacji i podejmować te decyzje bez emocji. W Legii – od właściciela aż po pracowników niższego szczebla – widać wielką chęć budowy wyjątkowego klubu. Chcemy przede wszystkim stworzyć klub twardo stojący na nogach. Klub, który z roku na rok nie będzie zmagał się z problemami finansowymi i zespół, którego występy nie będą chwiejne. Tak, żeby nie było problemów przy planowaniu składu lub budowy akademii. Żeby coś takiego zbudować, potrzebujemy czasu. Im więcej wniesiesz stabilizacji, tym czystsze masz pole do działania. Jeśli ktoś oczekuje efektów w tydzień, jest w błędzie.

Do jakiego stopnia pana przyszłość jest uzależniona od ewentualnego zdobycia mistrzostwa? Mówi pan o długofalowej wizji, ale jeśli nie sięgniecie po tytuł, wielu kibiców będzie oczekiwało zmiany.

Nie buduję Legii według mojej, tylko naszej wizji. Jestem częścią klubu i wnoszę jedynie swoją wiedzę. To oczywiste, że na krótszą metę musimy walczyć o najwyższe cele, ale na dłuższą – liczy się zdrowa sytuacja klubu. Sustainability. Żebyśmy nie osiągali sukcesu tylko dziś, ale też w przyszłości. Zrobimy wszystko, by zdobyć najbliższe mistrzostwo, ale nie będziemy sami siebie krzywdzić uniemożliwiając walkę o kolejne.

Jeśli jednak najbliższego nie zdobędziecie, to będzie pan się obawiał o posadę? Każdy kibic pyta, co stanie się wówczas z Romeo Jozakiem i Ivanem Kepciją.

To dwa różne typy presji i dwa sposoby postrzegania sukcesu. Każdy trener jest uzależniony od wyniku. Ja też, ale nie tylko od niego. Zadaję sobie pytania, czy podnoszę wartość kadry, czy nowi piłkarze pomagają w rozwoju drużyny, czy będzie możliwość ich odsprzedać i jak wygląda budowa struktury akademii – mam tu na myśli kapitał ludzki. W skrócie – czy budujemy większy projekt. Może tak się stać, że jeśli nie wygramy mistrzostwa, moja praca będzie zagrożona, ale nie martwię się tym akurat teraz. Codziennie zastanawiam się, jak budować klub, a jeśli właściciel powie, że nie jest ze mnie zadowolony, to będę musiał uszanować tę decyzję. Staram się też oddzielić fakt, że przyszliśmy z Romeo w podobnym czasie i wcześniej razem pracowaliśmy. Nie zajmujemy tego samego stanowiska.

Ściągnął pan zimą dziesięciu piłkarzy, z czego czterech przed startem okresu przygotowawczego. To nie jest norma w polskich warunkach.

Takiego postępowania – sprowadzania piłkarzy tak szybko – należy oczekiwać w przyszłości. Staramy się pracować na tyle systematycznie, by podejmować najlepsze decyzje bez presji. Już teraz planujemy lato i znów postaramy się ściągnąć piłkarzy tak szybko jak to możliwe. Dla zawodnika to nie fair, jeśli ściągasz go 15 sierpnia, a trzy dni później oczekujesz, że zagra w eliminacjach do europejskich pucharów. Kilka razy pytano mnie, czy najbliższe okno będzie tak ruchliwe pod kątem liczby nowych piłkarzy jak ostatnie. Zdecydowanie nie. Teraz celowo tak postąpiliśmy. Daliśmy piłkarzom czas na adaptację do stylu i miasta. Żebyśmy mieli przekonanie, że kiedy będą dla nas najważniejsi – w kwietniu-maju lub lipcu-sierpniu – będą mieli największą szansę na sukces.

To ile daje im pan czasu na adaptację? Jeśli do Legii trafia piłkarz z Francji, Włoch lub z CV Eduardo da Silvy, trzeba chyba liczyć na szybsze efekty.

Przede wszystkim trzeba patrzeć szerzej niż na CV. Nie chcę spieszyć się z wnioskami, ale William Remy na razie radzi sobie dobrze, a…

To fakt, że wygląda najlepiej z nowych.

Właśnie, ale on długo nie grał i wciąż mu daleko do jego potencjalnie najwyższego poziomu. Już teraz jest wartościowy, ale w ciągu miesiąca-trzech oczekujemy jeszcze więcej. Eduardo ma 34 lata, też nie grał regularnie, ale znaliśmy jego charakter. Może być supergwiazdą, ale pracuje jak 18-latek. Bardzo profesjonalny. Gdy z Jagiellonią graliśmy w osłabieniu i trener zdecydował się na taktyczną zmianę, facet zszedł jak gdyby nigdy nic. Uszanował decyzję trenera. Takie sytuacje należy oceniać szerzej – młodzi obserwują i myślą: „jeśli taki piłkarz się tak zachowuje, to ja muszę być taki sam”. Eduardo ma większy wpływ niż tylko asysta ze Śląskiem czy wywalczenie karnego z Zagłębiem. Adaptacja zawodnika zależy od wielu czynników – osobowości, języka i tego, czy wyjechał po raz pierwszy za granicę. Generalnie staramy się ograniczać ryzyko.

A ściągnięcie Eduardo było ryzykowne do jakiego stopnia?

Wyciągnięcie kogoś ze strefy komfortu zawsze jest ryzykowne. Eduardo może być postrzegany jako najbardziej ryzykowny ze względu na wiek, ale jeśli umieścimy na wadze jego charakter i umiejętności, wtedy ryzyko się zmniejsza.

Nie jest pan rozczarowany jego brakiem liczb w ofensywie?

Dostałem to pytanie w klubie, ale staram się być fair. Możemy się zgodzić, że ostatni mecz nie był udany. Eduardo jednak w ciągu tygodnia spędził trzy dni w łóżku z gorączką. Hamalainen chorował siedem dni, a i Niezgoda miał uraz, ale wziął środki przeciwbólowe i znalazł się w kadrze. Eduardo w Lubinie jednak zaliczył asystę i wywalczył rzut karny, ze Śląskiem asystę i z Lechem poradził sobie nieźle. Bądźmy fair wobec zawodników. Nie można kogoś pogrzebać po jednym błędzie.

Który z transferów był najtrudniejszy? Strzelam, że Mauricio, który został wypożyczony z Lazio.

Ludzie z zewnątrz oceniają tylko końcowy produkt. Widzą zawodnika, który przyszedł, ale nie wiedzą, że zanim zdecydowaliśmy się na Mauricio, mocno zawężaliśmy piramidę zawodników, których obserwowaliśmy. Nie da się ocenić, który transfer był najtrudniejszy. W jednych przypadkach mieliśmy łatwiejsze negocjacje z klubami, a trudniejsze z piłkarzem. Innym razem przeciwnie. Patrzę teraz na tablicę za tobą – mam tam całą kadrę Legii. W kilku przypadkach dojście do finalnego porozumienia faktycznie było skomplikowane, ale na szczęście rozpoczęliśmy ten proces w październiku. Nasz dział skautingu miał już mnóstwo informacji, ja wniosłem swoją wiedzę i mogliśmy zrobić miks. Całe zimowe okienko było trudne ze względu na liczbę nowych zawodników. Sprowadziliśmy Kurdjavcevsa, Kwietniewskiego i Iloskiego. Ci piłkarze to przyszłość. Nie oczekujemy natychmiastowego efektu. Gdybyśmy przeprowadzili pięć transferów, też byłoby dobrze, ale potem pojawiały się okazje. Np. możliwość ściągnięcia Mauricio – uznaliśmy, że mądrze byłoby to wykorzystać.

Od takiego zawodnika można z kolei oczekiwać natychmiastowego efektu, ale pojawia się pytanie, jak zawodnik z kontraktem w Lazio, którym interesowały się Besiktas czy Zenit, miałby związać się z Legią na dłużej?

Z doświadczenia zauważam, że wielu piłkarzy przychodząc tu, robi „wow”! Taki Mauricio ląduje, widzi, że ktoś na niego czeka na lotnisku, potem się nim zajmuje i mówi po portugalsku. Że wszystko jest profesjonalne. Że jest traktowany i prezentowany jak gwiazda. Zawodników obserwujących naszych kibiców kręci to, że są częścią tego projektu. Na to też liczymy – żeby piłkarze zakochali się w klubie. Żeby liczyło się coś więcej niż pieniądze. To było pierwsze, co usłyszałem od Antolicia. Już pierwszego dnia powiedział, że mógłby tu zostać na dłużej. To soft value. Kapitału ludzkiego nie przeliczysz liczbami. A Legia ten kapitał ma duży.

Jak bardzo opiera się pan dziś na skautingu, a jak na koneksjach z agentami, które w klubach na poziomie Legii są ważniejsze niż w zespołach z absolutnego topu. Zwłaszcza, gdy ściąga się piłkarzy z Chorwacji.

Stamtąd wzięliśmy Antolicia i Vesovicia. Przy obu uznaliśmy, że to świetne okazje. Pojawiła się możliwość sprowadzenia ich poniżej ceny, którą moim zdaniem powinni kosztować. Skauting czy agenci? Skakanie na jednej nodze, jeśli możesz opierać się na dwóch, nie byłoby mądre. Agenci pomogli nam sprowadzić Remy’ego i Philippsa, ale z dziesięciu zawodników, o których wspomniałeś, tylko dwóch przyszło od jednego agenta. Jesteśmy otwarci. W przyszłym tygodniu lecę do Londynu na spotkanie z innymi klubami. Będziemy mieli bezpośredni kontakt i powymieniamy się informacjami bez agentów po drodze. Przyjadą dyrektorzy sportowi i szefowie skautingu. „Znam piłkarza, który do nas nie pasuje albo nie odpowiada trenerowi albo nie gra tyle, ile by chciał…”. Trzeba budować sieć kontaktów.

Jaki rynek jest dla Legii najbardziej korzystny? Rozmawiając na ten temat z Manuelem Junco z Wisły Kraków, ale też analizując poszczególne transfery, najbardziej logiczne wydają się niższe ligi hiszpańskie. Piłkarze tani, dobrze wyszkoleni, a przy tym na głodzie, bo wiedzą, że przez Ekstraklasę mogą się wypromować do Turcji, Rosji lub jak Dani Quintana do Arabii Saudyjskiej. Dlaczego polskie kluby tego nie wykorzystują?

Musiałbyś zadać to pytanie także innym klubom. Obserwujemy tamten rynek, ale Hiszpanię trzeba podzielić na kilka „koszyków”. Pierwszy to Real, Barcelona i Atletico, skąd raczej nigdy nie ściągniemy piłkarza. Potem druga półka, np. Real Sociedad. Tam ktoś, kto nie gra tyle, ile by chciał, mógłby być dla nas dostępny. Następnie – mówię ogólnie, nie tylko o tym sezonie – Getafe, Osasuna i top z Segunda. Staramy się tak „łamać” różne ligi – Holandię też. Zastanawiasz się który koszyk pasuje do ciebie, a potem rozbierasz piłkarza na czynniki pierwsze. Nasi skauci latali do Hiszpanii, Portugalii czy na Bałkany jeszcze przed moim przybyciem. Wniosłem dodatkową wiedzę, mogli mnie zapytać o zawodników, których sam prowadziłem w reprezentacji lub znałem z Dinama, ale nie zamykam się na jeden rynek. Legia walczy o coś więcej niż mistrzostwo Polski. Potrzebujemy piłkarzy na poziomie europejskich pucharów. Ich pozyskiwanie nie jest łatwe, bo rywalizujemy z klubami, które szukają podobnych zawodników. Club Brugge, Olympiakos, Dinamo Zagrzeb, top w Holandii… To powinien być nasz poziom. Musimy wchodzić na rynki, gdzie piłkarze potraktują Legię jako świetną okazję. Czyli albo mniejsze kluby w dużych ligach albo większe kluby w mniejszych ligach.

Wymowny jest tu przykład Carlitosa, który przed przyjściem do Wisły nie miał nawet profesjonalnego kontraktu w rezerwach Villarrealu, a teraz przerasta naszą ligę, choć akurat Romeo Jozak twierdzi, że macie kilku takich Carlitosów.

To, co mówisz ma sens, ale sytuacja częściowo może się zmienić. Choćby w przypadku kilku klubów z Segunda División, które zmagają się z kłopotami finansowymi, a których położenie może się poprawić po zmianach na rynku praw telewizyjnych. Złapią stabilizację i będą mogli zatrzymać piłkarzy na lepszych pensjach. W Segunda B można znaleźć perełkę na poziomie Carlitosa, ale uważajmy, żeby nie wpaść w pułapkę wyjątku. Znajdziemy pewnie zawodników wyszkolonych na podobnym poziomie, ale żeby się sprawdzili tak wyjątkowo jak on, musi złożyć się wiele innych aspektów. Zgadzam się z naszym trenerem, że mamy kilku „Carlitosów”, czyli piłkarzy o podobnej jakości. Może nie są Hiszpanami i nie mają tak na imię, ale też są wartościowi. Wniosek, żeby szukać piłkarzy w Hiszpanii jest właściwy, ale nie ograniczamy się do jednego rynku. Musimy szukać ludzi gotowych na puchary.

Dla piłkarzy z niższych lig hiszpańskich ten skok byłby za duży?

Dla większości tak. Nie da się od razu wskazać pięciu kolejnych Carlitosów. Można wskazać jednego. Dlatego mówię, żebyśmy nie wpadali w pułapkę wyjątku.

Dariusz Mioduski konsekwentnie opowiada o dawaniu szansy młodym polskim zawodnikom. Z Wisłą tymczasem wystąpiło w jedenastce trzech Polaków – młody jedynie był Szymański.

Trudno, żeby klub walczący o wysokie cele opierał się całkowicie na młodych. Potrzebujemy stabilności. Co się wydarzy, jeśli wystawimy młodego środkowego obrońcę bez doświadczenia?

Ryzyko.

Jeden błąd to potencjalny gol. My to ryzyko musimy podejmować, bo chcemy rozwijać młodych, ale musimy to robić proporcjonalnie. Nie możemy wrzucić wielu na zasadzie: toń lub pływaj. Musimy ich wspierać treningiem, opieką i dobrym otoczeniem. Zawodnikami, którzy powiedzą: „synu, popełniłeś błąd, mniejsza z tym, nie martw się”. Szymański to młody piłkarz, Niezgodę też wciąż uważam za młodego, a on już stawia gigantyczne kroki. Oni nie byliby się w stanie rozwijać, gdyby wszystko nosili na swoich barkach. Potrzebują liderów jak „Rado”, Pazdan, Astiz czy „Mąka”. Przejąłem kadrę, której średnia wieku jest za wysoka, w najbliższych latach chcemy ją obniżyć, ale musimy znaleźć odpowiednie ścieżki. Niech ci młodzi zawodnicy popełniają błędy w mniejszych drużynach, przy mniejszej presji i oczekiwaniach. Wtedy nie zostaną zmiażdżeni w telewizji lub przez dwadzieścia tysięcy fanów.

W Warszawie muszą się z tym liczyć.

A w mniejszych klubach rozwijają mięśnie, które następnie pozwolą nieść ten klub. Michalak ogrywa się w Wiśle Płock, bardzo utalentowany Majecki w Mielcu, a Żyro poszedł do Suwałk. Latem wróci i zobaczymy, na ile będzie gotowy.

To prawda, że jest pan rozczarowany podejściem innych klubów z Ekstraklasy (nie licząc Wisły Płock), które nie chcą wypożyczać młodych zawodników z Legii, bo spodziewał się pan, że będzie tak łatwo jak w Dinamie?

Muszę szanować inne kluby i ich cele. Drużyna walcząca o utrzymanie zmaga się z taką samą presją jak my, tylko w inny sposób. Nie mogę oczekiwać, że będą chcieli rozwijać naszych piłkarzy. Muszą wygrać swoją walkę i to normalne, że chcą się opierać na starszych. Poziom Ekstraklasy jest troszkę poniżej średniej europejskich lig. Piłkarze są jednak ciut starsi – być może właśnie ze względu na konkurencyjność ligi? Tu każdy może pokonać każdego.

Ale to świadczy o poziomie?

W jakim sensie?

Bardziej niż konkurencyjność ligi to europejskie puchary pokazują, gdzie się znajdujemy.

Musimy oceniać rywalizację wewnętrzną i zewnętrzną. Poziom rywalizacji w Polsce jest duży. Jedziemy na Arkę i nie możemy oczekiwać łatwego meczu. W Chorwacji, gdy Dinamo jedzie na Istrę czy Cibalię, sytuacja jest inna. Im może być łatwiej niż Legii w Polsce. Żeby natomiast walczyć w pucharach, trzeba sobie zadać dwa pytania: z kim tak naprawdę mamy rywalizować i jak rywalizować finansowo? Możemy postrzegać Olympiakos jako drużynę na naszym poziomie…

To inny poziom finansowy.

Dlatego trzeba być uczciwym oceniając oczekiwania.

Dariusz Mioduski rzucił ostatnio kilka grubszych kwot w kontekście potencjalnych transferów Szymańskiego czy Niezgody – np. dziesięć milionów euro. Opowiedział mu pan o sprzedaży Modricia czy Corluki, że nagle oczekiwania tak skoczyły?

Nie o to chodzi. Celem jest sukces na boisku, wtedy skoczy wartość piłkarzy. Szymański nie jest zawodnikiem, który od razu „wyprodukuje” mnóstwo pieniędzy. Niezgoda świetnie sobie radzi i daje natychmiastowe wyniki, ale jest cztery lata starszy. Musimy – nie tylko Legia, ale ogólnie polskie kluby – podnosić stawki transferowe sprzedając piłkarzy za granicę. Ale jeśli chcemy kogoś sprzedać za dziesięć milionów, najpierw trzeba odrzucić cztery, potem sześć i osiem.

Z takich ofert trudno wam będzie rezygnować.

Dlatego tak ważna jest ta stabilizacja, o której ciągle mówię. Musimy zapewnić sobie źródła dochodu nie ograniczające się jedynie do transferów. Żeby w wypadku takiej oferty móc powiedzieć: „hej, możemy poczekać, nie spieszymy się. Nie mamy presji”. Jeśli spojrzymy na piłkarzy, którzy opuszczali Polskę w ostatnich latach, to chyba jeszcze tego nie zbudowano. Bereszyński mógł zostać dłużej i zostać sprzedany za wyższą kwotę. Dinamo budowało te wartości przez dziesięć lat. Dziś wszyscy mówią o Marko Pjacy, który poszedł do Juventusu za ponad 20 milionów. Widzimy gotowy produkt, ale trzeba zapytać, jak wyglądała praca z Pjacą, gdy miał osiem, dziesięć, czternaście i szesnaście lat, a po drugie – jacy zawodnicy wcześniej opuszczali Dinamo. Jestem w Legii od sześciu miesięcy, ale mam świadomość, że efekty pracy mogą być widoczne po latach. Chcę jednak podnosić poprzeczkę i wprowadzać tu pewne lekcje z Zagrzebia.

Zanim zakończymy, muszę zadać jedno pytanie. Pana praca jest doceniana w Europie, dawał pan wykłady w Realu Madryt i każdy wie, jakim eksporterem piłkarzy stało się Dinamo. Nie przeszkadza jednak panu i Romeo Jozakowi, że część klubów z Anglii, Włoch czy Hiszpanii może was postrzegać jako ludzi Zdravko Mamicia nawet bardziej ze względu na jego reputację niż waszą?

Cieszę się, że tak to ująłeś, bo ja pracowałem przede wszystkim dla Dinama. Starałem się budować najlepszych możliwie piłkarzy i odpowiedni skauting. Przez trzy lata w Zagrzebiu spotkałem Zdravko dwukrotnie. Rozmawialiśmy ledwie kilka minut. Nie miałem poczucia, że pracuję dla niego, tylko właśnie dla klubu. Tak samo jest w Legii – działamy pod wizją Dariusza, ale pracuję dla klubu – kibiców, piłkarzy czy pań, które sprzątają. Czy praca w Dinamie mogła nadszarpnąć moją reputację? Nie patrzę na to pod negatywnym kątem. Akademia Dinama rozwinęła wielu fantastycznych piłkarzy i wyrobiła sobie opinię. Po pierwsze – liczę, że przeniosę te wzorce do Legii i ludzie będą mnie oceniali za efekty mojej pracy. A nie za to, że Zdravko często bywa w mediach.

Fot. Mateusz Kostrzewa/Legia.com

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała