GDY BŁYSKOTLIWOŚĆ NIE IDZIE W PARZE Z INTELIGENCJĄ

prijovic

Ego w chmurach, co to nie ja, gigantyczne mniemanie. Klasyczny przykład piłkarza, którego albo kochasz, albo nienawidzisz. Który, gdy strzela gole, od razu staje się idolem, bo kibic zawsze woli krnąbrnego i błyskotliwego niż miałkiego. Ale gdy nie strzela – ponosi ryzyko, że stanie się karykaturą. Aleksandar Prijović od początku balansował pomiędzy tymi stanami. Kiedy jednak przyszło do odejścia z Legii, udowodnił, że błyskotliwość nie ma związku z inteligencją.

Uporządkujmy fakty. Legia oddaje Nikolicia do Chicago. Działacze mówią wprost, że są gotowi na sprzedanie jeszcze trzech piłkarzy. W tym – co oczywiste – Prijovicia, którego drożej niż teraz już się raczej nie sprzeda. Bo wiek, bo średnia opinia, bo ogórkowe (do momentu przyjścia do Legii) CV, bo gole z Borussią, bo Chińczycy wylewają kasę z kranu i płacą, ile sobie ktoś zażyczy – dają dwie bańki, krzycz, że chcesz cztery. Ogólnie pełen primetime. Legia w tym czasie ustawia sobie Chimę Chukwu, a Prijović zamiast spokojnie poczekać wywraca wszystko do góry nogami, odbiera telefon od „Super Expressu” i odpala bombkę. Co na to Legia? Legia – jak podaje Weszło – może strącić faceta do rezerw.

Jakkolwiek ta sprawa się zakończy i jeżeli Legia nią od początku nie steruje, Prijović strzelił sobie w stopę potrójnie:

– dokonał autozaorania w oczach całego klubu (władz, piłkarzy i kibiców) paląc sobie mosty w Polsce
– odchodzi w toksycznej atmosferze, co tylko utrwala wizerunek niekoniecznie lotnego badboya z poprzednich lat
– nie przewidział konsekwencji swoich słów.

Załóżmy, że zsyłka do rezerw staje się faktem. Wówczas Prijović zapewne wywoła wojnę i odda sprawę do PZPN-u. Jakiego użyje argumentu? Prawdopodobnie, że to mobbing, bo przecież „nie doszło do obniżki formy sportowej”. Ta sprawa różni się jednak od case’u Radosława Cierzniaka sprzed roku tym, że Tadeusz Pawłowski, ówczesny trener Wisły, już na początku okresu przygotowawczego powiedział, że „Radek bez dwóch zdań jest numerem jeden”. Te słowa najdobitniej świadczyły o tym, że nie mógł zostać odpalony z powodu formy sportowej. Prijović tymczasem mówi otwarcie, że stracił jakąkolwiek chęć gry w Legii. – Moja misja jest skończona. Myślami jestem już w Chinach. Jak dla mnie klamka zapadła – tłumaczy w „SE”, a na pytanie, czy okres w Polsce jest definitywnie zamknięty, odpowiada: – Tak. Powtarzam: Dla mnie to przesądzone.

Można to interpretować różnie, ale na logikę – skoro nie ma chęci, to jak ma być forma?

Kibice innych klubów – zwłaszcza Wisły – będą się teraz oburzać i przypominać sprawę Cierzniaka, który rozwiązał kontrakt z winy klubu. On miał jednak po swojej stronie Pawłowskiego, a Prijović jawnie i klarownie skreślił swoje nazwisko z legijnych kart. Gdyby doszło do sporu (w co wątpię) i nawet jeśli Prijović oddałby sprawę najlepszym prawnikom, a ci ostatecznie przyznaliby rację jemu, a nie Legii – facet zwyczajnie skomplikował sobie sytuację. Zamiast czekać na spokojne podbicie stawki nie wytrzymał i zaczął kłapać jęzorem. A nabrudził sobie tym bardziej, że – o czym warto pamiętać, bo to może okazać się kluczowe – właśnie jest kontuzjowany i dla niego osobiście to nie musi być łatwy moment na odejście. Do zdrowia zapewne wróci w lutym, a do formy sportowej… No właśnie. Przecież to już kwestia dyskusyjna, bo na formę po urazie można czekać miesiącami. Druga istotna sprawa – do marca, kiedy ewentualna sprawa pewnie zostałaby rozpatrzona, Chińczycy byliby już napakowani obcokrajowcami po sufit i – z całym szacunkiem – o jakimś anonimowym Prijoviciu nie myślałby tam żaden magnat z kulawą nogą.

Szwajcar wyląduje w Chinach zapewne raczej prędzej niż później, a gdy już się tam zadomowi, to po zmianie klubu powinien najpierw zastanowić się nad nowymi doradcami. Nie wystarczy, żeby byli inteligentniejsi od niego. To akurat żadna sztuka.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała