GDY BARCELONA PRZESTAJE BYĆ BARCELONĄ

ernesto valverde

Barcelona 2018/19 ma twarz Ernesto Valverde. Bez uśmiechu. Bez większych emocji, żeby nie powiedzieć – bez cojones. Rzetelna praca od 8 do 16, z piętnastominutową przerwą na kawę. Idealny pracownik z cienia w większej korporacji. Realizowanie długodystansowych planów przed terminem. Zatrudniając kogoś takiego, masz gwarancję, że jeżeli w październiku powierzysz mu zadanie na kwiecień, to efekt dostaniesz w drugiej połowie lutego. Valverde to fantastyczny długodystansowiec. To trener, dla którego nie ma czegoś takiego jak „mecz-pułapka”. Nie ma wzlotów i upadków. Permanentny stan sześć na dziesięć, gdzie notę są w stanie uratować Ter Stegen i Pique, a podciągnąć Messi i Alba, co oczywiście wielu odpowiada. Valverde to też człowiek, po którym nie widać jakiejkolwiek presji. Kiedyś Victor Valdes zasugerował, że rok w Barcelonie wykańcza jak dwa lata w innym klubie. Najlepiej było to widać po twarzy Luisa Enrique, który nędzniał w olbrzymim tempie i im dłużej przebywał w Barcelonie, tym częściej nie trzymał ciśnienia. W pewnym momencie skłócił się nawet z Messim. Valverde wygląda natomiast na typa, który wchodząc w centrum bijatyki pomiędzy hiszpańską policją a katalońskimi niepodległościowcami, powiedziałby zdziwiony: „panowie, spokojnie, o co wy się w ogóle spinacie?”. Raz zażegnasz konflikt siłą spokoju. Innym razem zostaniesz wdeptany w ziemię. Tak jak we wtorek. 

Całość do przeczytania TUTAJ.