DYREKTOR ZJADŁ CZŁOWIEKA – GURU OPUŚCI PORT?

Żaden wywiad nie odbędzie się bez tego pytania. Sam zaczyna mieć tego dość, ale utrzymuje granice dyplomacji. – Nie prowokuj mnie, żebym był w stosunku do was antypatyczny. Rozmawiajmy o tym, co jest teraz – naburmuszył się w trakcie programu „El Larguero”. Już po emisji dodał, że pogada sobie z kolegami prowadzącego dyskusję, bo nie tak się umawiali. Futuro? Nie, liczy się tylko tu i teraz. Nie miało być pytań o przyszłość. Na temat przyszłości obowiązuje absolutne silenzio stampa. Estadio Sanchez Pizjuan drży o to, co wydarzy się za kilka miesięcy, a najskuteczniejszy dyrektor sportowy na świecie milczy. Wszyscy jednak wiedzą, że Monchi zawinie się raczej prędzej niż później. Prędzej, czyli w najbliższych miesiącach.

Raz już był bliski odejścia. Mieliśmy wiosnę 2005 roku, gdy dogadał się z Almerią. Ba, podpisał nawet wstępne papiery i ustalił z prezydentem Sevilli, del Nido, że po meczu zwołają specjalną konferencję prasową. To był początek ery Monchiego – ery wielkiej Sevilli – ale w depresję wpadła jego żona. Postanowili, że muszą się przeprowadzić. Nie chcieli jednak wywoływać afery tuż przed rewanżem w półfinale Pucharu UEFA. W pierwszym meczu Sevilla zremisowała bezbramkowo na wyjeździe z Schalke. Na drugi Monchi pofatygował się na trybuny. Zabrał syna, szwagierkę i usiadł ot tak, wśród kibiców na Pizjuan. Pocztą pantoflową błyskawicznie rozeszło się, kto zajął krzesełko kilka rzędów wyżej. Po chwili pięć tysięcy gardeł – zamiast wspierać drużynę w walce o finał – odwróciło się w jego kierunku i zaczęło się wydzierać: Monchi, quedate. „Monchi, zostań!”.

– Po tej sytuacji pojechałem spotkać się z żoną i powiedziałem, że wyleczy się z depresji, ale ja nie mogę wyjechać – wspomina po latach (JotDown). W 101. minucie świętej pamięci Antonio Puerta dał awans do finału. W nim Luis Fabiano, Maresca i Kanoute rozbili bezradne Middlesbrough. Monchi: – Gol Puerty zmienił nam życie.

monchi 1

Monchi z Enzo Mareską

monchi 4

Od tego momentu minęła dekada, a przecież ledwie pięć lat wcześniej Sevilla grała w Segunda División. Wtedy – w maju 2006 roku – zgarnęła pierwszy Puchar UEFA. Rok później – drugą. Potem nastąpiła era Emery’ego i trzy kolejne triumfy po zmianie szyldu na Ligę Europy. W tym roku postawili kolejny krok. Wyjście z grupy Champions League. I akurat teraz – gdy przy okazji wdarli się w Primera División pomiędzy dwie potęgi a Atletico – Monchi trzyma już walizkę w dłoni.

Nie chcę używać słowa „zmęczony”. Niektórzy twierdzą, że zmęczyć można się wtedy, gdy wstajesz o szóstej rano, by jechać na budowę. Nie przeczę, że jesteśmy uprzywilejowani pracując w takim miejscu. Muszę jednak wyhamować i się zastanowić. Muszę pomyśleć, co zrobić z życiem. Kocham ten klub, ale funkcja dyrektora sportowego zjadła we mnie człowieka – powiedział w listopadzie (ABC).

monchi 1

Komputer Monchiego podczas podróży

monchi 7

Monchi podczas meczu Włochy – Bułgaria

Decyzję o odejściu ogłosił już po poprzednim sezonie. Ledwie kilka dni po finale na warszawskim Stadionie Narodowym. Wtedy został zatrzymany niemal siłą. Nikt rzecz jasna nie wypowiedział wojny domowej, ale guru transferowemu przypomniano o dwóch kwestiach. Po pierwsze – kontrakt do 2020 roku. Po drugie – w razie odejścia należy wpłacić pięć milionów euro. Został. Przeprosił między wierszami za całe zamieszanie ucinając spekulacje łączące go z Romą, Manchesterem United czy Lyonem i postawił na kolejną przebudowę, choć czekało go – jak sam to podsumował – najtrudniejsze okienko, od kiedy wszedł w tę branżę. Już pod wodzą Sampaoliego. Przy innych wymaganiach. U progu niemal futbolowej rewolucji. Ale zmęczenie wręcz uderzało z jego twarzy. Nie pomagał codzienny crossfit. Nie pomagały wypady na jogging przy okazji każdego wyjazdu Sevilli. Nie pomagało przerzucanie żelastwa na siłowni, dzięki któremu jest dziś bardziej wysportowany niż w trakcie kariery. Czuł się zarżnięty do tego stopnia, że w grudniu wrzucił na swoje media społecznościowe cytat z Marka Twaina.

Po dwudziestu latach będziesz bardziej żałował tego, czego nie zrobiłeś niż to, co zrobiłeś. Zwolnij więc liny i opuść bezpieczny port. Złap wiatr w żagle. Eksploruj. Zacznij marzyć. Odkrywaj.

monchi 3

monchi 5

monchi 4

Monchi z córką

Latem zaryzykował najbardziej. Wiatr wywiał go po nowego trenera aż za ocean. Sięgnął po największy znak zapytania na rynku. Jorge Sampaoli. Z zamiłowania – bielsista. Totalny fanatyk futbolu. Były pracownik banku, który gdy został wyrzucony z ławki podczas meczu juniorów, wspiął się na drzewo i stamtąd zaczął dyrygować ekipą. W CV niby trzy mistrzostwa z Universidad de Chile, triumf w Copa America i tytuł najlepszego trenera Ameryki Południowej 2015, ale… Ile to mówi? Jak przełoży się na Europę? Skąd można było mieć pewność, że to, co sprawdza się u Latynosów, odpali też w Europie? I wreszcie jakim ryzykiem było zakontraktowanie totalnego świra, który potrafił wystawić na reprezentacyjnym środku obrony gościa wzrostu Iniesty (Gary Medel), tylko dlatego, że ten lepiej wyprowadzał piłkę od podstawowych stoperów, a obiady często celowo jada w samotności, bo zastanawia się nad taktyką?

Cały Sampaoli. Największy oryginał na rynku. Od kiedy przejął drużynę latem, nie przeprowadził ani jednej zachowawczej odprawy. Ani razu nie apelował o bronienie. W ligowym debiucie wystawił dwóch obrońców. Skończyło się 6:4 z Espanyolem. Hiszpanie – podzieleni w ocenach – pisali, że jeżeli ten pomysł się sprawdzi, to stoimy u progu kolejnego futbolowego przewrotu. Monchi po czasie przyznał, że był gotów zaakceptować ostatnie miejsce po sześciu kolejkach, bo wiedział, że ta idea się sprawdzi. Vicente Iborra apelował o cierpliwość, bo to „radykalna zmiana filozofii”, a dziś zapytany o różnicę pomiędzy Sampaolim a Emerym mówi: – Unai to taktyka i porządek. Sampaoli to większy pressing i nieporządek. Szaleństwo na całym boisku (El Pais).

monchi 3

Sam Iborra został latem na Pizjuan. Jako łącznik Argentyńczyków i Francuzów z Hiszpanami, ale i jako wzór. Jako wyznacznik, którego potrzebuje każdy klub w trakcie przebudowy kadry. Zawinęły się natomiast gwiazdy – wizytówki. Banega, Coke, Gameiro, Krychowiak czy mniej przydatni Llorente i Reyes. W ich miejsce sprowadzono jedenastu, a zimą dorzucono trzech kolejnych. Nie sprawdziło się trzech – Kiyotake, któremu zmarło dziecko przy porodzie i z przyczyn rodzinnych wrócił do Japonii. Ganso, który okazał się piłkarzem poprzedniej epoki, który – jak to określa Jorge Valdano –  wybiera wiejską drogę, gdy może jechać autostradą. I bramkarz Sirigu, który miał lepiej grać nogami od Sergio Rico, ale ten drugi wyłapał jesienią tyle punktów w lidze i Champions League, że trzeba było odesłać Włocha na wypożyczenie do Osasuny.

A pozostali? Oto kulisy kilku transakcji:

Wissam Ben Yedder – dobił do szklanego sufitu w Tuluzie i odrzucił lukratywne oferty z Premier League, by grać w najlepszej lidze świata. W lidze strzela co 145 minut, w Champions League – co 81, a w pucharze co 56. Mimo to… nie ma pewnego miejsca w składzie.

Franco Vazquez – 12 milionów euro – jak twierdzi Monchi – zupełnie nie odzwierciedla jego wartości. Z piłką przy nodze – geniusz.

Gabriel Mercado – obskoczy wszystkie pozycje w defensywie. Jego transfer argumentowano tym, że po czteroletnim pobycie w River Plate doskonale radzi sobie z presją. Efekt? Pierwszy sevillista od czasów Rakiticia, który strzelał w obu derbowych meczach z Betisem. Jako obrońca!

Pablo Sarabia – wyjęty za 400 tysięcy euro ze spadkowicza Getafe. Klucz do sukcesu? Przebiegał średnio 11,3 kilometra na mecz i potrafił wytrzymać najwyższą intensywność. Efekt? 35 meczów, 9 goli, 12 asyst. Wcześniej przez pięć lat wbił zaledwie 15 bramek.

Samir Nasri – przejął garnitur po innym złym dzieciaku, Everze Banedze. Mózg i kręgosłup „nowej” Sevilli. Monchi: – Kiedy rozmawiałem o nim z Demichelisem, nie pytałem, jaki Nasri jest, tylko czego potrzebuje. Tacy piłkarze jak on, Banega czy Jovetić przyszli tu albo po kontuzjach, albo niechciani w swoich klubach. W Sevilli poczuli się docenieni.

Clement Lenglet – Monchi oglądał go jeszcze przed debiutem w Nancy. Dzwonił do jego ojca już… cztery lata temu. W międzyczasie stoper odrzucił ofertę z Juventusu, bo wystraszył się rywalizacji z Bonuccim, Chiellinim i Barzaglim. Drugiej okazji z wielkiego klubu nie mógł zlekceważyć.

Stevan Jovetić – dwa pierwsze mecze – dwa gole. Oba z Realem Madryt.

Pomimo delikatnych wpadek i zadyszki w kilku poprzednich meczach – kolejny rok na niesamowity plus.

grafa 1 grafa 2(Marca)

Ocenianie pracy dyrektora sportowego na bazie skuteczności transferowej to błąd. Trzeba ocenić to, czego dokonał przez dłuższy czas. Nie chełpię się tym, że sprowadziłem Alvesa, Adriano, Baptistę, Poulsena czy Keitę. Czuję jedynie dumę z tego, co Sevilla osiągnęła w ostatnich latach. Kiedy ściągasz piętnastu piłkarzy, to niemożliwe, żeby wszyscy osiągnęli sukces, chyba że prowadzisz klub rugby. Nie ma sensu co chwilę egzaminować dyrektora. Potrzebna jest dogłębna analiza. Romaric (jeden z najbardziej krytykowanych transferów) – abstrahując od jego problemów z wagą i stylu życia – to typowy profil piłkarza sprowadzanego do Sevilli. Wyróżniający się w małej drużynie lub słabszej lidze. Tak trafili tu Kanoute, Escude czy Poulsen. Nigdy nie szukaliśmy gwiazd. Carrico przyszedł z Reading, Romaric z Le Mans… Mogę ci wymienić dwadzieścia takich nazwisk. Dlaczego powiedziałem, że ściągniemy kolejnych „Romarików”? Bo od początku byłem nastawiony na taki typ. Na tych, którzy przyjdą z niższego poziomu, ale głodni.

monchi 2

Monchi z Carlosem Bakką

monchi 8

Motto Monchiego – nie ma złego transferu, tylko zły rozwój. Klucz do sukcesu – jak najlepsze możliwie porozumienie z trenerem. Największy niewypał? Lautaro Acosta. Największe rozczarowanie? Że nie udało się przekonać Gabiego (dziś serce Atletico) i sprowadzić takich zawodników Marcelino, by ten odniósł sukces. Największe zaskoczenie? Ivica Dragutinović wyjęty bez szczegółowej obserwacji, jedynie na bazie polecenia. Największa bomba? Dani Alves ściągnięty za lekko ponad pół miliona euro z Bahii, a oddany za czterdzieści baniek do Barcelony. I oczywiście Ivan Rakitić, gdzie nie było aż takiej przebitki, ale rozwój okazał się podręcznikowy. Błyskawicznie złapał język, poznał Hiszpankę, z którą wziął ślub, zachował najwyższą etykę pracy i do dziś przyjaźni się z Monchim. A z ostatnich lat? N’Zonzi, który z przecinaka w Stoke wyrósł na jednego z najinteligentniejszych piłkarzy ligi i Vitolo, który kopał w drugoligowym Las Palmas, a dziś jest oczkiem w głowie Monchiego i jednym z głównych celów Simeone.

Vitolo to piłkarz idealny dla każdego trenera. Ma wszystko: umiejętności, dyscyplinę taktyczną, skuteczność i determinację – rozpływa się dyrektor-cudotwórca. – Dlaczego na poziomie Primera nie mógłby tak grać jak w Segunda? Zapytajcie Guardiolę o Busquetsa.

***

Pracuje nas szesnastu i każdy ma przydzielone poszczególne ligi. Dzielimy rok na dwie części. Pierwszą od sierpnia do grudnia. Nazywam ten okres „nieoszlifowanym futbolem”. Oglądamy wiele meczów i powiększamy naszą bazę. Ponadto tworzymy najlepsze jedenastki miesiąca z lig, które obserwujemy. Potem przechodzimy do drugiej fazy. Wybieramy 350-400 piłkarzy. Jeżeli np. wybraliśmy Lacazette’a, zaczynamy go szczegółowo obserwować. Pięciu-sześciu naszych pracowników ogląda mecze Lyonu w różnych okolicznościach – na ich stadionie, we wrogiej atmosferze, przeciwko mocnym i słabym rywalom. Dzięki temu przekonujemy się, jaki to faktycznie piłkarz. W kwietniu przepuszczamy zawodników przez kolejny filtr i zostaje nam 150-200. 15-20 na jedną pozycję. Wtedy zasiadamy do rozmów z trenerem, by poinformował nas, jakiego typu gracza potrzebuje. Na koniec wskazujemy szkoleniowcowi nazwiska. Często nie udaje nam się sprowadzić zawodników pierwszego wyboru, ale to nie oznacza, że transfer będzie gorszy. Kanoute i Keita nigdy nie byli pierwszym wyborem (ABC).

monchi 6

monchi 8

To rzeczywistość Sevilli z ostatnich kilku lat. Kiedy jednak Monchi uczył się zawodu i podpatrywał skauting Lyonu oraz Porto, klub chwiał się w posadach. Był wręcz na granicy bankructwa, gdy – to gotowy scenariusz na film – sam wsiadł w samochód, zaczął jeździć po Hiszpanii i budować ekipę trenerowi Caparrosowi. Monchi podzielił się pracą z kolegą. Jeden oglądał cztery mecze w weekend, drugi tyle samo. Sprowadzali przeciętniaków, na których jako tako działała nazwa „Sevilla”. Nie mogli rywalizować z wielkimi. Musieli ich jedynie wyprzedzać. Pierwsze duże nazwisko, o które bili się z potęgami pokroju Milanu, to Christian Poulsen. Dojście do tego etapu trwało jednak ponad pół dekady. Dziś marka andaluzyjskiego klubu przyciąga nie tylko „Romarików”, ale też „Nasrich”. Trafnie podsumował to Roque Mesa: – Spójrz, jak kupują i jak sprzedają. Sam telefon od Monchiego wypełnia mnie dumą – mówi rozgrywający Las Palmas, który położył się na siestę jako prawie-sevillista, ale po pobudce dowiedział się, że władze klubu zamknęły mu drogę do transferu. Zaakceptował decyzję, ale żal pozostał.

Dziś Sevilla to już nie tylko marka. To kopalnia złota. To klub, który najskuteczniej przeczesuje Ligue 1 i Amerykę Południowę, ale też sanatorium, które odbudowuje upadłych (Nasri, Banega, Jovetić), a solidnych wyrzuca trampoliną na salony (Gameiro, Krychowiak). To wreszcie – już dzięki Sampaolemu – jedna z najbardziej widowiskowych drużyn w Europie, gdzie nie obowiązują prawie żadne schematy, każdy ma grać w piłkę i szaleńczo wręcz atakować przy niespotykanej gdziekolwiek indziej wymienności pozycji. Dziś Sevilla to przy tak wielu wpadkach Barcelony i Realu może nawet kandydat do tytułu. Co prawda w dwóch ostatnich kolejkach nieco zabrakło jej paliwa, ale z drugiej strony, kiedy walczyć o mistrzostwo, jeżeli nie w sezonie, w którym sevillistas wykręcili najlepszą rundę jesienną w historii klubu, sam trener strąca kolejne rekordy (bramki po stałych fragmentach, gole w końcówce, trafienia zmienników) i raczej nie będzie trzeba zdobyć 90 punktów, by zgarnąć mistrzostwo. – Nie powiem, że podpisałbym się pod trzecim miejscem, bo takie deklaracje są dla biednych i przeciętnych – zapewnia dziś Monchi. Bo Sevilla dzięki niemu nie należy do ani jednych, ani do drugich.

Tylko czy wytrzyma odejście samego Monchiego?

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała