DOSTAJĘ TELEFON I MYŚLĘ: „CRACKOVIA? NO NIE…”

kiko ramirez - glowne

Co wspólnego ma satyryczny program z zatrudnieniem w Wiśle Kraków? Jak wyglądają realia III ligi hiszpańskiej? Dlaczego trener Leganes może być wzorem do naśladowania? Jak radzić sobie z potężną krytyką na początku pracy i jak trafić do Małeckiego oraz Głowackiego? Czego zabrakło Stiliciowi, a co mogą dać Cuesta, Carlitos oraz Velez? Dlaczego Sandro mógłby sobie nie poradzić w Ekstraklasie i co ma Villarreal, czego brakuje Wiśle? W jakim stopniu hiszpańska telewizja przesadziła mówiąc o polskich kibicach? O tym wszystkim opowiada trener Wisły Kraków, Kiko Ramirez.

Co robiłby dziś Kiko Ramirez, gdyby nie trafił do Wisły? Gdy ktoś pracuje w Tercera División, to raczej nie może robić długofalowych planów.

Fakt, że trafiłem tu z Tercera, ale jednak prawie zawsze pracowałem w Segunda B. Zszedłem poziom niżej, bo dostałem propozycję z Castellón, dużego klubu, ze sporą bazą kibiców. Spodobał mi się ten projekt, który nawet nie pasował do tak niskich rozgrywek. W Hiszpanii pierwsze dwie ligi podlegają LaLiga de Futbol Profesional. Niżej wiele klubów zmaga się z problemami ekonomicznymi i niewiele ma długofalowe projekty. Castellón był tu jednym z wyjątków.

Ale jeśli ktoś – ktokolwiek, nie mówię tylko o panu – traci pracę na tak niskim poziomie, to może snuć jakiekolwiek plany? Można poświęcić się piłce?

My – trenerzy – jesteśmy zawodowcami i mamy odpowiednie papiery, by pracować w piłce. W Segunda B nie zarobisz bardzo dobrze, ale wystarczająco, by poświęcić się futbolowi. Na tym poziomie gra wiele klubów z wielką historią. Castellón, wcześniej Gimnastic de Tarragona czy Cadiz… W Nastiku mieliśmy większy budżet, wsparcie z miasta, kibiców i profesjonalną strukturę klubu. Tam piłkarze mogą trenować rano, poświęcić się piłce i o klubie wiele mówi się w mediach. Sam to przeżyłem jako trener. Pracowałem właśnie w Nastiku, L’Hospitalet, Castellón…

Hiszpańscy dziennikarze zajmujący się tymi klubami i Manuel Junco mówią, że zasłużył pan, by dostać ofertę z wyższej ligi. Czego więc zabrakło?

W Hiszpanii ostatnio panuje moda na byłych piłkarzy. Projekty są firmowane wielkimi nazwiskami. Niewiele klubów zaryzykuje postawieniem na trenera z doświadczeniem z niższych lig. Obawiają się, jak odbierze to opinia publiczna. Szukają nazwiska, które od razu trafi na okładki. Kto tylko grał w Realu, Barcelonie czy reprezentacji, ma znacznie większe szanse, a potem nieraz okazuje się, że wspaniała kariera piłkarska nie ma nic wspólnego z tym, jak pracujesz jako trener. Często to nazwisko dla nazwiska. Dlatego podziwiam takich ludzi jak Quique Setien.

Który pracował w niższych ligach, a potem wyrósł na odkrycie w Las Palmas i ostatnio dostał pracę w Betisie. Trener o bardzo charakterystycznej filozofii pracy bazującej na utrzymaniu się przy piłce a’la Barcelona, ale wybił się dopiero przed sześćdziesiątką.

On sam jest zdania, że w niższych ligach hiszpańskich pracuje wielu znakomitych trenerów. Im wyżej, tym bardziej liczy się nazwisko, a mniej profil szkoleniowca. Panuje olbrzymia konkurencja i trudno jest awansować. Sam przejąłem L’Hospitalet na przedostatnim miejscu w Segunda B, zdobyliśmy wicemistrzostwo, awansowaliśmy do play-offów, przeszliśmy dwie pierwsze rundy, aż w półfinale Leganes ograło nas jedną bramką. To samo Leganes, które po sezonie od razu awansowało do Primera División. Z tym samym trenerem! Asier Garitano, szkoleniowiec bez wielkiej kariery piłkarskiej, przeszedł z tą drużyną od Segunda B aż do LaLiga i duża część kadry pozostała taka sama.

A pan był kiedykolwiek blisko Primera?

Byłem asystentem Luisa Cesara Sampedro, który awansował z Nastikiem na najwyższy poziom. Wtedy jednak prezydenci klubów nie postawiliby na młodego trenera. Mówili, że szukają doświadczenia. A teraz jak mam doświadczenie, to szukają nazwisk. Garitano – jak to mawiamy – rozpoczął swoją drogę na pustyni, a teraz po dwóch awansach czeka go drugi sezon w Primera. Bardzo doceniam takich trenerów.

Liczy pan, że dojdzie do Primera poprzez przygodę w Polsce?

Oczywiście, że chciałbym kiedyś tam pracować. W Hiszpanii sporo się teraz pisze o Wiśle. Ludzie wiedzą, że mamy tu hiszpańską grupę. Jeden dochodzi na najwyższy poziom kolejnymi awansami jak Garitano, a ktoś inny może zdobyć mistrzostwo lub zagrać w pucharach z zagranicznym klubem. Tak wyrabiasz sobie nazwisko. Wtedy ludzie przypominają sobie, jak wyglądała twoja praca w Nastiku i L’Hospitalet, ale kluczem okazuje się właśnie wyjazd.

kiko ramirez2

Kiedy podpisał pan kontrakt z Wisłą, wywiązała się tu spora afera. Wielu twierdziło, że zatrudnienie trenera z niższych hiszpańskich lig to brak szacunku wobec naszych szkoleniowców z niższych lig. Czyli – z tego, co pan mówi – poniekąd pana polskich odpowiedników.

I ja w stu procentach rozumiem te głosy! Wiem, że w Polsce też ciężko jest być trenerem, ale futbol jest globalny. W Hiszpanii pracują szkoleniowcy z Argentyny, Wielkiej Brytanii… Z całego świata. Oni też mogą zyskać uznanie. Każdy jednak broni swojego środowiska. Mam świadomość, jaka krytyka towarzyszyła mojemu przyjściu do Wisły. To normalne. Broniono interesów innych Polaków. Nie czuję jednak, że ktoś mnie atakuje. Nikt nie dał mi odczuć, że nie jestem tu mile widziany. Wręcz przeciwnie – pozostali trenerzy traktują mnie znakomicie, a ja się od nich uczę. Początkowo wszyscy pytali: „kim jest ten gość?!”, „czyim jest kolegą?!”. Nie jestem niczyim kumplem, ale jako obcokrajowiec muszę pracować na szacunek.

Czuje pan, że już go zyskał?

Myślę, że tak, ale to oczywiste, że niektórzy będą tylko czekać, by podnieść głos.

Odbierano pana jako przyjaciela Manuela Junco, który dostał pracę od kolegi. Sam tak sądziłem.

Widzisz, a poznałem go dopiero w Polsce. W Hiszpanii nawet się nie spotkaliśmy.

A wie pan, kto konkretnie mu polecił akurat Kiko Ramireza?

Manuel rozglądał się na całym rynku. Obserwował polskich, hiszpańskich i francuskich trenerów. Szkoleniowiec nie dostaje jednak pracy na bazie rozmowy kwalifikacyjnej. Najlepsze referencje wystawią ci twoi przeciwnicy, do których zadzwoni twój potencjalny pracodawca. Manuel poprosił o opinię trenerów z Walencji, Barcelony czy ogólnie Katalonii, którzy ze mną grali. Widocznie dobrze się o mnie wypowiedzieli. Kiedy Manuel do mnie dzwonił, nawet się nie znaliśmy.

Jak wspomina pan sam proces zatrudniania?

W Katalonii mamy taki program satyryczny. „Crackovia” od słowa „crack”. Nabijają się tam głównie z piłkarzy Realu i Barcelony. Ogólnie w Hiszpanii jest wiele takich żartobliwych programów. „Zadzwonię do trenera i zrobimy sobie jaja”. Nagle dostaję telefon od osoby reprezentującej Wisłę Kraków i myślę: „Cracovia?! No nie…”. Nie chciałem dać się złapać, więc poprosiłem o więcej szczegółów. Kto podał Manuelowi mój numer i dlaczego dzwoni. Powiedział, że usłyszał ciepłe opinie na mój temat od wielu trenerów, wiedział, że jestem wolny i zaproponował spotkanie, bym opowiedział mu o swojej wizji futbolu. Zaliczyłem błyskawiczną podróż do Krakowa. Pojechaliśmy na mecz, przedstawił mi finansowe oraz sportowe położenie klubu i zapytał, czy byłbym w stanie odmienić tę sytuację. Jako że zwykle brałem drużyny pogrążone w kryzysie – np. właśnie w L’Hospitalet – zgodziłem się.

Na takich trenerów mówimy w Polsce „strażak”.

Dobre określenie. I ja się właśnie uważam za strażaka. Powiedziałem, że jestem gotowy, ale może pojawić się bariera językowa. Manuel stwierdził, że wszystko już zaplanował i ma trenera, który mówi po hiszpańsku i zna się na piłce. Chodziło o Goncalo Feio. Potem zbudowaliśmy sztab z Kazimierzem Kmiecikiem, Radkiem Sobolewskim i Arturem Łaciakiem. Błyskawicznie zyskaliśmy poparcie szatni. Na początku bazowaliśmy na różnych aplikacjach, nowych technologiach i tak do nich trafiliśmy.

Początkowo widać było u piłkarzy pewne wątpliwości, ale po czasie dało się zauważyć, że nabrali do pana sympatię.

Polski piłkarz jest stworzony do ciężkiej pracy. To największy atut Polaków w porównaniu chociażby z Latynosami. Oni czasem mają inną filozofię życia. Polacy podchodzą na zasadzie: „ty jesteś moim szefem, więc będę robił, co chcesz”. Nie było żadnych problemów. Wytłumaczyłem im, co chcę osiągnąć, a nie znam zawodnika, który nie lubiłby trenować z piłką. Od razu powiedziałem: „Nie będę was uczył futbolu. Wręcz przeciwnie – to ja chcę się uczyć od was. Przyszedłem tu, by was połączyć na bazie jednej idei – to moja misja”.

Kiedy pan poczuł, że uwierzyli w tę ideę?

Odbyliśmy sporo spotkań podczas obozu w Turcji. W Polsce mieliśmy problemy z pogodą, ale sam też chciałem pokazać, że zależy mi na pracy. W pierwszym tygodniu wziąłem łopatę i zacząłem odśnieżać boisko. Czułem, że gdy sami to zobaczyli, od razu pomyśleli: „skoro postępuje tak trener, to i my będziemy”. To był sygnał: „idziemy za tobą”. Uwielbiam psychologię i docieranie do piłkarzy. Zawsze na wstępie mówię: „nie jestem tu najważniejszy, ale na mnie ciąży największa odpowiedzialność. Na dobre i na złe”.

Mączyński i Głowacki pozytywnie wypowiadali się na pana temat, ale to ludzie kulturalni i dość wyważeni. Trafił pan jednak do Małeckiego, co nie udawało się wielu trenerom.

Takie mam podejście jako człowiek, nie tylko trener – staram się dogadać z każdym, ale mam świadomość, że nikt nie jest taki sam.

Przygotowywał się pan jakoś wyjątkowo na Małeckiego? Sprawdził pan jego „kartotekę”?

Wiedziałem, jaki jest. W drużynie wszyscy znaczą tyle samo, ale każdego trzeba traktować indywidualnie. Nie przyszedłem tu po to, by zmieniać Małeckiego. Nikt go nie zmieni. Chcę tylko wyciągnąć z niego maksimum. Wiedziałem, że może mi się „wymknąć”, ale starałem się tego uniknąć. Jak do niego trafić? Rozmawiać szczerze i patrzeć w oczy. On musi wiedzieć, że jesteś wobec niego sprawiedliwy. Musi czuć się ważny. Nie możesz z góry wymagać od niego wysokiego poziomu. Musisz pokazać mu, ile znaczy dla drużyny i wtedy naturalnie zagwarantuje ci swój najwyższy poziom.

Na razie wszystko układa się kolorowo, ale co jeśli zmieni pan go w 55. minucie i Patryk zacznie kopać w ławkę?

On wie, że nie poświęcę grupy dla jednostki. Będę z nim rozmawiał. Nie liczy się, czy ktoś nazywa się Małecki, Messi czy Ronaldo. Liczy się szacunek. Sam jednak byłem piłkarzem i też kopałem po zmianie wszystko, co mi wpadło pod nogę. Jako trener też czasem tracę kontrolę przy ławce. Ważne jednak, by zawodnik w takiej sytuacji nie poczuł, że trener wykorzystuje taki incydent, by pokazać swój autorytet. „Tu jestem ja i ja tu rządzę”. To błąd.

Sir Alex Ferguson powiedział, że najważniejsze to poczekać do poniedziałku.

Święte słowa. Ale w poniedziałek musisz jasno wiedzieć, co chcesz zrobić i powiedzieć to zawodnikowi, a nie przy całej szatni, by go dyskredytować.

A tak z ciekawości – już abstrahując od Małeckiego – jak podchodzi pan do balujących piłkarzy?

Wierzę w ich profesjonalizm. Jeśli nie dbasz o siebie na tym poziomie, to nie dasz sobie rady. Od razu widzisz, gdy ktoś popił. Nie trenuje tak samo. Jeżeli dojdzie do skrajnej sytuacji i trzeba będzie ją przeciąć, to tak zrobię. Zgniłe jabłko nie zepsuje mi całego koszyka. Nie chcę być jednak zbyt autorytarny. Narazisz się raz i wylatujesz. Nie. Wysłucham, wyciągnę żółtą kartkę, powiem, że jesteś zagrożony i dam drugą szansę.

Jak tak pana słucham, to mam wrażenie, że zawodnik musiałby wywołać gigantyczną aferę, by w ogóle sięgnął pan po tę kartkę.

Młodzi piłkarze mają świetny atut – wiek. Ale to też niesie za sobą pewne ryzyko. Sam jako zawodnik lubiłem wyjść i napić się lampki wina po zwycięstwach. Dlaczego nie? Ale po porażkach – nigdy. Nie zgodzę się na imprezowanie po przegranych. Skoro ja wracam do domu, nie śpię i chodzę po mieszkaniu zastanawiając się, co poszło nie tak, to ty też wracaj. Po zwycięstwach natomiast nie ma problemu. Nie można też przeciążyć piłkarzy myśleniem o futbolu.

Jak radzi sobie pan z barierą językową?

Rozmawiamy przez Goncalo, ale np. z Małeckim, Brożkiem czy Głowackim dogaduję się, mimo że nie mówimy w tym samym języku. Po prostu się rozumiemy. Do Boguskiego też trafiłem – jaką zaliczył końcówkę sezonu? Pamiętam rozmowę z Głowackim na obozie w Turcji.

– Jesteś tu największym weteranem, wiem, że jest ci trudno codziennie trenować, ale chcę, żebyś grał co weekend. Jak podchodzisz do przyszłości? – zapytałem.

– Prawdopodobnie po sezonie zakończę karierę.

– To zróbmy tak – zaproponowałem – jeśli stracisz chęci do gry, wtedy zakończysz. Ale ja postaram się, byś miał ten entuzjazm. Zaufaj mi, zapomnij o swoim wieku, a ja wyciągnę z ciebie maksa. I jeśli spełnisz wymagania, to przedłużysz kontrakt. W przeciwnym razie zorganizujemy ci pożegnalny mecz. Ale przynajmniej spróbujmy.

Tak się stało. Oczywiście, że w końcówce było mu ciężko. Wieku nie oszukasz. Głowacki ma jednak entuzjazm jak u dzieciaka. Brożkowi powiedziałem to samo, choć to zupełnie inne charaktery. Paweł jest bardziej otwarty, wesoły, a Arek to bardzo poważny człowiek. Typowy kapitan. Ale ja to właśnie uwielbiam – pracę nad trafieniem do piłkarzy.

Czego więc zabrakło, żeby wyciągnąć maksa z Semira Stilicia?

Piłkarze często mają taki sezon, kiedy wychodzi im wszystko. Potem kibice oczekują, że zawsze będą tak grali, ale taki poziom mogą utrzymać tylko Messi i Cristiano. Stilić zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, potem wyjechał, nie grał za granicą i wrócił bez rytmu, a drużyna potrzebowała wyników, by liczyć się w walce o górę tabeli. Zabrakło mu okresu przygotowawczego i na początku miał problemy fizyczne. Narzekano, że to nie ten Stilić, ale nie ma możliwości, by wszystkie sezony były identyczne. Ciężko powtórzyć sezon życia. Semir jest też zawodnikiem, który musi cały czas grać i być przy piłce. Fizycznie jednak nie był do tego gotowy.

Trafił pan natomiast z transferami Ivana Gonzaleza i Pola Lloncha. Teraz do Wisły przyjechało trzech kolejnych Hiszpanów i naturalnie pojawia się obawa, czy nie zaburzycie pewnej równowagi.

Po pierwsze – doskonale znam zawodników, których sprowadzamy. Najpierw zawsze patrzę na szatnię. To fundament. Dopiero później liczy się taktyka. Sprawdzam, jaki zawodnik jest w grupie, jak się zachowuje, gdy gra, gdy siedzi na ławce i jak funkcjonuje na treningach. Nie pozwolę sobie na ściągnięcie kogoś, kogo nie znam.

Ale nie ma ryzyka, że Polacy nie zaakceptują tak licznej kolonii Hiszpanów?

Polacy oczekują jednego – żeby nowi zawodnicy byli gotowi do pracy. A ci, którzy tu trafiają, to pracusie. Znam hiszpańskich piłkarzy, którzy poradziliby sobie technicznie, ale nie mają odpowiedniej mentalności. Takich w ogóle nie rozważam. O akceptację się nie martwię, bo i tak mamy międzynarodową szatnię. Słowacy, Bośniacy, Bułgar na testach… Ivan został zaakceptowany z miejsca. Prosta sytuacja, wchodzę do szatni i od razu słyszę: „Ivan, Ivan, Ivan!”. Tak samo było z Polem. Dziś m.in. Ivan puszcza w szatni muzykę – najmodniejsze kawałki z Hiszpanii. „Despacito” i tak dalej. Ale robi to też „Kobra” Ondrasek, który wybiera piosenki z tej części Europy.

Co może pan powiedzieć o Hiszpanach, którzy teraz wzmocnili Wisłę?

Dla nich to trampolina. Mocno zaryzykowali wychodząc ze strefy komfortu. Carlitos był w rezerwach Villarrealu, ale chciało go wiele klubów z Segunda División.

Był ponoć dogadany z Mallorką.

To prawda, ale spadli. Chciał go też Hercules, wszyscy mówili: „jedź na Majorkę, to najlepsze miejsce w Hiszpanii, a wybrał Kraków. To zawodnik grający na pozycji dziewięć/dziesięć. Schodzi do skrzydeł, strzela gole, dobry do ataku pozycyjnego. Na początku może być mu trudno, ale damy mu czas. Cuesta natomiast dostał ofertę przedłużenia kontraktu z Almerią. Chciała go też Huesca, w której pracuje trener, który zna go z Sevilli. Julian ma ponad 190 centymetrów, jest świetny w powietrzu, dobrze gra nogami i właściwie odczytuje sytuacje w polu karnym. Co najważniejsze – chce grać, grać, grać. Zaliczył kilkanaście meczów w Primera, także z Barceloną i Atletico, ale młodemu bramkarzowi nie jest łatwo utrzymać się w składzie przez 10-12 kolejnych spotkań. Z Franem Velezem pracowałem natomiast przez siedem-osiem lat. Wprowadziłem go do dorosłej drużyny Nastiku, a potem przeniósł się do Almerii. Jego znam najlepiej, ale nie obawiam się o nikogo z tej trójki.

Jak wiele dostaje pan telefonów z Hiszpanii w sprawie pracy?

Mnóstwo. Agenci ciągle dzwonią. Wiedzą, że w Wiśle pracuje Hiszpan, przed momentem trafili Cuesta, Carlitos i Velez, więc kolejnym byłoby łatwiej. Mam jednak świadomość, że nie wszyscy się sprawdzą.

Mentalność mentalnością, ale ja te transfery rozumiem tak – chce pan grać „po hiszpańsku” już od samego bramkarza i na prawie każdej pozycji mieć kogoś, kto umożliwi sprawne operowanie piłką. Właśnie jak u Quique Setiena w Las Palmas.

Mamy hiszpańskiego bramkarza, stopera, defensywnego pomocnika i napastnika. To kręgosłup, który pozwoli mi realizować mój pomysł. Jedyną nieprzewidywalną drużyną jest jednak dziś Barcelona i musimy starać się być jak najbardziej nieprzewidywalni dla rywali.

Ale chce pan grać po hiszpańsku?

Nie. Chcę, by Wisła była hybrydą między Polską a Hiszpanią. Bliżej mi do Simeone niż Guardioli. Futbol się zmienił i dziś wszyscy grają bardziej bezpośrednio. Na Euro U-21 widzieliśmy, jak wszyscy grali piłką, ale do takiego stylu trzeba mieć odpowiednich zawodników. W Hiszpanii piłkarze od dziecka trenują na świetnych boiskach, podają, podają, podają i szlifują technikę. Takim zawodnikom nie możesz powiedzieć: „biegaj, biegaj, biegaj”. Wszystko trzeba dostosować. W Polsce uwielbiam jedno – zaangażowanie. Polak nigdy nie daje za wygraną. Gdyby Hiszpanie mieli waszą mentalność, bylibyśmy niepokonani. Najważniejsze, żeby to „hiszpańskie” granie i atak kombinacyjny połączyć z intensywnością, przy jakiej gra się w Polsce. Nie chcę futbolu Guardioli, Setiena czy Barcelony. Nie interesuje mnie klepanie dla klepania na stojąco.

W Segunda Division tak to wygląda – zawodnicy nie schodzą poniżej pewnego poziomu technicznego, a ta intensywność, o której pan tyle mówi, jest bardzo wysoka. Potem zawodnikom, którzy grają w niskich ligach hiszpańskich, jest łatwiej w Polsce. Dani Quintana, Airam Cabrera…

Sam pracowałem z Quintaną i grałem przeciwko Cabrerze w Cadiz. Nie możesz sobie jednak pozwolić na całkiem hiszpańską drużynę w Krakowie. Hiszpanie, Włosi, Argentyńczycy i Portugalczycy są świetnie przygotowani taktycznie, mają szeroki przegląd pola, ale nie narzucą takiej intensywności jak Polacy. Kręgosłup, o którym mówiłem, ma pootwierać drzwi niektórym polskim piłkarzom, żeby cały ten system funkcjonował.

Czasem oglądając mecze polskiej Ekstraklasy mam wrażenie, że prędzej poradziłby sobie tutaj walczak z Segunda B niż zawodnik bardzo inteligentny w stylu Sandro. Albo koledzy by go nie zrozumieli, albo zaginąłby przy piłkach latających nad głową.

Bo potrzebujesz pomysłu. Jeśli wrzucisz Sandro do drużyny, która nie gra kombinacyjnie, nie będziesz mu zagrywał prostopadłych piłek i zmusisz do walki w powietrzu, to nawet on niczego tu nie dokona. Dlaczego zawodnicy z Primera nie radzili sobie w Polsce? Pewnie wielu trafiało tu pod koniec kariery i zabrakło im przygotowania fizycznego. Żeby ktoś taki się sprawdził w tak fizycznej lidze, cała drużyna musi grać na jednego zawodnika, a na to nie wszyscy mogą sobie pozwolić. Niektórzy mogli tu też przyjść ze względu na nazwisko. Po zdobyciu mistrzostwa Europy i świata zaczął się boom na Hiszpanów za granicą. Ale tak samo może być z Polską. Wasza reprezentacja wygląda fantastycznie właśnie grając w piłkę. Szkoda, że kadra U-21 nie awansowała w Mistrzostwach Europy, ale dorosła może za rok być rewelacją mundialu, a wasz napastnik może zostać najlepszym piłkarzem na świecie. To z kolei może zacząć otwierać kolejne drzwi. Trzeba też jednak zadbać, by budować piłkę od dołu. W Hiszpanii też mieliśmy okres, kiedy liczyło się samo bieganie, aż przyszedł człowiek o nazwisku Cruyff, który wywrócił wszystko do góry nogami. Już pierwszego dnia okresu przygotowawczego wyjął piłki, rzucił jedną na parę i wszystko robiło się z piłkami. Ludzie łapali się za głowy. Byli przyzwyczajeni, że przez pierwsze tygodnie pracuje się bez piłek.

W Polsce przez lata było tak samo.

Piłka bazuje na cyklach. Ludzie pracują w dany sposób, aż dochodzi do zmiany tendencji. W Polsce coraz więcej dzieciaków garnie się do piłki, powstaje coraz więcej boisk i w końcu wasi zawodnicy zaczną trafiać do Hiszpanii. Jedyne, co może przeszkadzać, to klimat. Ale z drugiej strony jaki ma Islandia? Norwegia, Szwecja, Finlandia, Rosja? Pozamykali stadiony, pobudowali hale i trenują przez cały rok. Trzeba wykorzystywać takie okresy jak Euro U-21 i na tym budować. Kiedyś w Hiszpanii grało się na ziemi, potem zaczęto budować boiska i piłkarze stali się bardziej techniczni. Sam wychowałem się trenując na ziemi, dopiero później przeszedłem na murawę. Mój syn całe życie gra na naturalnej, świetnie przystrzyżonej murawie, więc będzie nieporównywalnie lepszy technicznie ode mnie. Tak samo powinno być z młodzieżą w Polsce.

kiko ramirez 1

Pan trafił do klubu, który ostatnio raczej nie stawiał na młodych. Manuel Junco mówi wprost, że nie ma z czego czerpać, jeśli chodzi o roczniki 95-98.

Kwestia pokoleń. W Hiszpanii świetnie funkcjonuje współpraca z klubami filialnymi. Dla 17-18-latka błyskawiczny przeskok do Ekstraklasy może być bardzo trudny. Musimy walczyć o to, by pojawił się klub, w którym mogliby się otrzaskać w dorosłej piłce. Albo klub filialny, albo na zasadzie jakiejś współpracy. Rozmawiamy już z klubami, o których wiemy, że mają odpowiednią infrastrukturę i takiego trenera, który da szansę młodym. Możemy na siłę wpuszczać ich na ostatni kwadrans w każdym meczu, ale dla 20-latka to za mało. Taki zawodnik musi grać, grać i grać. Albo w Wiśle, albo gdzie indziej. Nie można sobie pozwolić, by ktoś w takim wieku stracił cały rok.

Nie brakuje wam zwyczajnie rezerw?

Villarreal ma człowieka – Fernando Roiga – który wykłada mnóstwo kasy na szkółkę, ośrodek treningowy, boiska, treningi i siłownie. Chciałbym mieć do dyspozycji rezerwy, ale znam sytuację ekonomiczną klubu. Czasem łamie mi się serce, gdy widzę, jak dzieci noszą bramki. Fajnie, że to uczy zaangażowania i wysiłku, ale w Hiszpanii takie sytuacje są niemożliwe. Tam wszystko masz gotowe. Liczy się tylko gra.

Nie sądzi pan, że Wisła – aby się odbić – mogłaby się stać mostem dla zawodników pomiędzy niższymi ligami hiszpańskimi a Turcją czy Azerbejdżanem, gdzie płaci się więcej?

Już się takim stajemy. Guzmics poszedł do Chin, Jović do Turcji, Popović do Kazachstanu…

I sądzi pan, że to dobry pomysł?

Dobry, żeby zarabiać pieniądze.

Których potrzebujecie.

Ale nie możemy też stale wszystkich sprzedawać, bo jednak musimy walczyć o dobre miejsce w tabeli. Jak odpowiedzą kibice, gdy ich zapytamy, co wolą – utrzymać piłkarzy i walczyć o górę tabeli czy tracić zawodników i mieć pieniądze?

To gdzie jest złoty środek przy takich sytuacjach jak ta z Mączyńskim?

Kibice muszą wiedzieć, jak wielki władze czynią wysiłek, by po pierwsze – utrzymać Mączyńskiego, po drugie – klub przy życiu. Piłkarze i działacze muszą natomiast mieć świadomość, że to kibice ratują klub. Sprawy ekonomiczne nie muszą nas dzielić. Powinny łączyć. Ale tylko jeśli będziemy nazywać rzeczy po imieniu. Każdy musi wykazać się cierpliwością – władze, piłkarze, sztab, kibice…

Ale przy tym pojawiają się wymagania. Fani Wisły przyzwyczaili się przez lata, że ten klub walczy o tytuł.

Będzie ciężko, ale niemożliwe nie istnieje.

Legia odjechała wam finansowo, a Lech zbija teraz grubą kasę na transferach.

Tak czy inaczej musimy z nimi walczyć. Nie możemy odpuścić dlatego, że ktoś ma więcej pieniędzy. Nie szukamy wymówek. Oczywiście, że kiedy ktoś jest bogatszy, to może być mu łatwiej, ale pojawiają się wyższe wymagania. Piekielnie ciężko jest grać w roli faworyta. Legia w poprzednim sezonie sobie z tym poradziła, więc należy pogratulować trenerowi Magierze.

Którzy szkoleniowcy w Ekstraklasie wywarli na panu najlepsze wrażenie?

Lech ma fantastycznego trenera. Podobne zdanie mam o trenerze Probierzu. Kiedy Vicente del Bosque szedł do Realu, mówiło się, że to nie jest odpowiedni szkoleniowiec dla tego klubu, a po kilku latach zdobył mistrzostwo świata. W Legii też nie jest łatwo pracować, a po jej trenerze widać, że wie jak prowadzić szatnię. Skoro zdobył mistrzostwo, należy uznać, że był najlepszy.

Na niego zagłosowałby pan w plebiscycie?

Nagrody należą się tym, którzy zajęli najwyższe miejsce. Miałem kilku faworytów – głównie Polaków. Siłę trenera pokazuje to, jak poradzi sobie w trudnej sytuacji i czy ją odwróci. Nie chcę mówić, na kogo głosowałem, bo spokojnie mógłbym wskazać pięć-sześć nazwisk.

Wyobraża pan sobie, że mógłby zakotwiczyć w Ekstraklasie na wiele lat?

Wszystko będzie zależało od wyników, ale świetnie się tu czuję. Nie mówię tylko o Krakowie. Kiedy tu trafiłem, słyszałem dziwne opinie. „Jak zobaczą cię ci z Legii lub Cracovii, to…”. Graliśmy tam, i tam, każdy broni swojego interesu, ale do mnie wszyscy podchodzą z szacunkiem. Sam też nie szukam problemów na siłę. Szanuję wszystkich rywali.

W jednym z wywiadów w Hiszpanii mocno stanął pan w obronie kibiców Legii po zamieszkach w Madrycie.

Oczywiście, bo mecze z Realem Madryt wyrządziły dużą krzywdę polskiemu futbolowi. W hiszpańskich mediach mocno przesadzali. Dwa dni temu dzwonili do mnie z „Radio Marca”. Oni myślą, że cała Polska to jeden wielki świat ultrasów. Wszyscy tylko biegają z racami i maczetami. Dlaczego? Bo patrzą tylko przez pryzmat tamtego meczu. Dwa razy byłem na Legii. Raz mieliśmy 10-minutowe opóźnienie przez dym z rac. Ale ja nie mam z tym problemu! Było bardzo bezpiecznie. Więcej czytam o problemach z kibicami niż faktycznie takie dostrzegam. Podobne sytuacje zdarzają się w Europie, nie wspominając o Ameryce Południowej. W Argentynie trzeba było nawet wstrzymać ligę. Będę pierwszym do bronienia wizerunku polskiej piłki i przedstawiania jej taką, jaka jest naprawdę. Kibice są tutaj znakomici. Słyszę to pytanie w wielu wywiadach i zawsze odpowiadam tak samo: espectacular. Nawet na Euro U-21. Pełne stadiony, doping, ludzie śpiewają! Przegrasz mecz, musisz podejść pod trybunę i zaśpiewać. Wiem, że jeśli nie będę miał wyników, to być może stracę ich zaufanie, ale polscy kibice zasługują na szacunek. Możliwe, że też wszystkiego nie rozumiem i ktoś mnie z trybun obraża, ale nie pamiętam jakichkolwiek prowokacji. Mogę spokojnie spacerować z rodziną.

Przyjechali już do pana na stałe?

Spróbujemy… Na razie na 15 dni, potem na cały sierpień. Syn ma przyjaciół w Hiszpanii, chodzi do szkoły, gra w piłkę… Zapiszę go na próbę i zobaczymy, jak dzieci będą się czuły. Przy okazji nauczyłyby się nowego języka.

A pan jak sobie z tym radzi?

Na co dzień nie mam problemów. Ostatnie dni były bardzo intensywne, ale zamierzam poważnie poświęcić się nauce polskiego. Wiem, że będę potrzebował dużo czasu, ale chciałbym przynajmniej umieć połączyć słowa i stworzyć sensowne zdanie.

Z tego, co widziałem w mediach społecznościowych, najłatwiej pana spotkać podczas joggingu na Błoniach.

Ostatnio poszliśmy z Jordim Jodarem po rower górski, żeby pojeździć niedaleko po górkach. Ale to fakt, dużo biegam. Po Błoniach, tych wzgórzach niedaleko i po Myślenicach. W ten sposób się wyłączam, podsumowuję to, co się działo i myślę o przyszłości. Jeśli mam jakieś wątpliwości przed meczem, też lubię sobie pobiegać. Czasem trzeba wyczyścić umysł.

PYTANIA KIBICÓW

Nie chcę podawać nazwisk. Jedni potrzebują czasu na adaptację, inni dłuższej gry. Dostrzegam coraz więcej talentów, ale nie chcę kogoś wprowadzać na siłę. Można kogoś wystawić na galerię i od razu go spalić. Nie ma sensu wprowadzać na siłę pięciu, z których w dłuższej perspektywie nie przebije się żaden. Jak trzeba będzie postawić na jednego, to niech nawet będzie jeden.

Ruben Castro, z którym pracowałem w Nastiku. Strzelał po 50 goli na trening. Wpadało mu wszystko. Nigdy nie widziałem kogoś takiego. Gol, gol, gol.

Kolumbijczycy nie zaadaptowali się. Byli bardzo młodzi i potrzebowali czasu. Nie chodziło tylko o wiek, ale też o przejście z etapu juniora do seniorskiej piłki. Być może potrzebują innego przystanku niż Wisła, ale nie powiem, że to źli piłkarze.

Tak, tak. Ze względu na rodzinę. To życiowa szansa, z której musiałem skorzystać.

Staramy się. Byłem zadowolony z poprzedniego sezonu, a teraz chcemy zbudować większą równowagę w drużynie. Nikt jednak nie ma szklanej kuli.

Dwa tygodnie przerwy między sezonami to faktycznie bardzo krótki okres. Wypadasz na dwa tygodnie latem, potem na miesiąc zimą. Na pewno nie pomaga to w przygotowaniu fizycznym.

Nie mam takiego. Największym marzeniem jest, żeby mówiło się o drużynie. Żebyśmy grali tak samo niezależnie od zmian i żebyśmy nie byli uzależnieni od nikogo. To byłby mój najlepszy „transfer”.

Zbyt duże ryzyko. Mamy krótkofalowe cele. Chcemy dobrze rozpocząć sezon, potem awansować do ósemki, a później walczyć o czołówkę. Nie chcę jednak nikogo oszukiwać ani narzucać dodatkowej presji. Trzeba mieć szacunek do rywali.

Napisane przez Tomasz Ćwiąkała